„Mężczyzna imieniem Otto” czyli tym razem subiektywnie o filmie.

Przeważnie nie oglądam filmów, które powstały na podstawie książek, które czytałam. Czytając kreuję w swojej głowie bohaterów, czasem upodabniają się do moich znajomych lub osób, które mijam na ulicy. Obejrzenie filmu, gdzie reżyser obsadził innych aktorów niż ja obsadziłam w swojej głowie podczas lektury byłoby ciężkim doświadczeniem, i niepotrzebnym. Porównywałabym sceny, które były w książce oraz zastanawiała się po co zmienić i dokładać kolejne, o których nie pomyślał pisarz.

Podobnie jest z remake’ami, czyli filmami, które po latach zostały nagrane ponownie. Nie oglądam. Z przyczyn jak wyżej. W końcu powinno się eliminować stres w naszym życiu.

Tak, wiem, specyficzny ze mnie przypadek 😉

Ale dzięki moim „zasadom”, którymi się podzieliłam chwilę wcześniej nie miałam żadnego dylematu czy wybrać się do kina na film „Mężczyzna imieniem Otto”. Już w momencie, gdy zauważyłam Toma Hanksa, patrzącego na mnie z plakatu reklamującego ów film wiedziałam, że się spotkamy na sali kinowej.

Obejrzałam jeszcze zwiastun, który był zachęcający. A informacja, że film został sklasyfikowany jako komedia / dramat sprawił, że ten film wydał mi się dobrym wyborem na piątkowy wieczór.

Pewnie gdybym czytała książkę, lub obejrzała pierwszą – szwedzką wersję filmu z 2015 roku, nie byłabym tak przekonana, że film ten będzie dobrą opcją, jeżeli chcę, by wizyta w kinie jedynie poprawiła mi humor po ciężkim tygodniu. To nie jest lekki film, o którym zapomnimy zaraz po wyjściu z kina. Właściwie możemy być tego pewni już po pierwszych minutach seansu, gdy dowiadujemy się w jakim celu główny bohater udał się na zakupy. A utwierdzić się w tym, że to nie tylko moja opinia mogłam się tuż po zakończeniu projekcji, gdy nikt na sali kinowe się nie ruszył, by powrócić z filmowego świata do codzienności. Widzowie wpatrywali się w napisy końcowe czasem nieobecnym wzrokiem, a niektórzy ukradkiem ocierali łzy.

Film jest zdecydowanie wielowarstwowy, umiejętnie przenikają się w nim tematy śmiertelnie ważne z tymi zabawnymi. Ukazany jest tu absurd współczesnego świata, jakiego doświadczamy w naszym codziennym życiu. Na przykładzie zrzędliwości głównego bohatera idealnie pokazane jest, że to co widzimy to często wierzchołek góry lodowej. A często nie wiemy lub nie chcemy wiedzieć co znajduje się pod jej powierzchnią. To, jacy jesteśmy, jak się zachowujemy, jakie mamy „dziwactwa” jest spowodowane naszym doświadczeniami. I nie mamy obowiązku dokonywać ekshibicjonizmu emocjonalnego i każdej napotkanej osobie tłumaczyć dlaczego zachowujemy się tak, a nie inaczej. I właśnie to zapominanie, że mamy prawo do własnych doświadczeń powoduje, iż często jesteśmy szufladkowani, albo łatwo szufladkujemy innych. A jesteśmy zbyt zajęci (czasem sobą?), żeby chcieć się przekonać czy pierwsze wrażenie jakie odnieśliśmy to rzeczywiście wizytówka danej osoby.

Mam też w filmie swoja ulubioną scenę : ) To scena w samochodzie z Otto i jego sąsiadką Marisol, gdy tej akurat gaśnie silnik w momencie gdy światła sygnalizacji zmieniają się na zielone (no a kiedy miał zgasnąć, prawda?). Jest to scena zaskakująca (reakcja Otto) i warta zapamiętania oraz zachowania w pamięci na czas, gdy zwątpimy w to, co robimy.

Film jest świetnie zrobiony, a ja czuję się częścią opowiadanej historii. Genialna gra aktorska nie tylko samego Hanksa, ale mogę śmiało powiedzieć, wszystkich aktorów, również drugo, a nawet trzecio – planowych. A obecność Mariany Treviño i jej dialogi w języku hiszpańskim to dla mnie idealna wisienka na torcie.

Celowo piszę ten tekst w taki sposób, by nie zepsuć przyjemności oglądania tym, którzy dopiero wybiorą się do kina. Bo gdybym napisała co dokładnie się wydarzyło to byłoby to samo czym dla mnie przeczytanie książki lub obejrzenie pierwszej wersji filmu, przed wybraniem się na „Mężczyznę imieniem Otto”. Czyli byłoby to bez sensu. A obejrzenie tego filmu ma sens. I to wielki.

fot. Filmweb

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *