„Dom dobry”, czyli Wojciech Smarzowski bez znieczulenia o przemocy domowej.

Nie pamiętam kiedy ostatnio (a może nigdy?) tyle emocji towarzyszyło mi przed seansem kinowym, co w przypadku filmu „Dom dobry” Wojciecha Smarzowskiego. Z jednej strony strach, że zobaczę przemoc domową tak prawdziwą, że te obrazy długo zostaną w mojej głowie. A z drugiej ciekawość – dlaczego ten film, który miał premierę w czasie ostatniego Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni nie dostał żadnego wyróżnienia od jury festiwalu.

Ale pomimo wspomnianego strachu chciałam zobaczyć ten film. Byłam ciekawa jak Smarzowski podejdzie do tak trudnego tematu przemocy domowej w tzw. dobrym domu, gdzie patrząc z zewnątrz wszystko układa się świetnie.

Historia zaczyna się tak, jak wiele historii o miłości. Ona i on. Gośka i Grzesiek. Nie wpadli na siebie na ulicy czy w sklepie, ale trafili na siebie w aplikacji randkowej. Love story w XXI wieku. Nie podrywał jej tanimi tekstami, mówiąc jaka jest piękna czy wyjątkowa. Pokazał jej, że mają wiele wspólnego, o czym rozmawiać. Wzajemnie wysyłali sobie cytaty z literatury, a druga strona miała zgadnąć autora. No sami przyznajcie – rozmowy intelektualne na randkach nie są obecnie tak powszechne. Sam fakt, że ktoś nie opowiada tylko o sobie, a czasem rzuci zdawkowo: „a ty?” można uznać za wyjątkowość (niestety). A tu ktoś czyta, interesuje się światem… Łatwo się zauroczyć, a potem przymykać oczy na „czerwone flagi” – pojedyncze uwagi, które ranią prosto w serce, ale że są sporadyczne to może to przypadek, komuś się wymsknęło?

Właśnie zdradziłam Wam jak rozpoczyna się film „Dom dobry”. Ani my widzowie, ani główna bohaterka nie dostaje żadnego ciosu przez jakieś pierwsze 30 minut filmu (a może nawet dłużej?), a przynajmniej nie od Grzegorza. Potem wszystko zaczyna się zmieniać. Ale też nie gwałtownie. Jakby oprawca (nazwijmy zachowania po imieniu) co jakiś czas sprawdzał na ile sobie może pozwolić i kolejnym razem przesuwał granicę.

W moim odczuciu Wojciech Smarzowski podszedł do tematu przemocy domowej „w białych rękawiczkach” czyli tej co się dzieje wewnątrz czterech ścian, bardzo wnikliwie. Filmowy Grzegorz działa tu jakby według wcześniej ułożonego misternego planu, niczym złodziej planujący skok stulecia. Wie, w które punkty uderzyć, by skutecznie zniszczyć poczucie własnej wartości Gośki, a potem przekonując o jego niezmiennej miłości niszczyć kawałek po kawałku.

Film zawiera wiele drastycznych scen, ale jeżeli Smarzowski chciał stworzyć prawdziwy obraz tragedii wielu osób będących ofiarami przemocy domowej nie mógł tego zrobić inaczej. W przeciwnym razie ofiary mogłyby się poczuć oszukane, gdyby wszystko działo się w drugim pokoju, widz słyszałby tylko odgłosy kłótni, a potem widział siniaki na twarzy. Chciałabym, aby reakcje policji (a może bardziej nie-reakcje) pokazane w filmie są niechlubnym wyjątkiem, jednak świadectwa wielu ofiar przemocy domowej mówią jasno: to jest reguła. Mamy więc słowo przeciwko słowu. A jeżeli słowo osoby w mundurze jest bardziej tożsame osobie wpływowej i powszechnie cenionej to ofiara jest na przegranej pozycji.

Nie mam już w sobie tyle naiwności co kiedyś, gdy po obejrzeniu filmu „Kler”, również w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego, wierzyć, że nastąpi przełom w społeczeństwie jeśli chodzi o krzywdy wyrządzane przez duchownych. Ale mimo wszystko mam nadzieję, że „Dom dobry” przyniesie jakieś dobro i zmianę. Zmieni strach i wstyd ofiar w odwagę, by szukać pomocy. Już ten film wywołał wiele dyskusji, sprawił, że dziewczyny, kobiety rozmawiają o tym, co widziały na ekranie, albo dlaczego nigdy tego filmu nie obejrzą (bo same były jego bohaterkami).

Zdarza się nierzadko, że nie akceptujemy partnerów, chłopaków, mężów bliskich nam osób, z różnych, często subiektywnych względów. Powoduje to nawet zerwanie kontaktów. Świetnie jeżeli nasze przeczucie było błędne, ale gorzej, gdy mieliśmy rację i bliska nam osoba staje się ofiarą przemocy domowej. Ale nam o tym nie mówi, bo jej wstyd, albo po prostu nie chce usłyszeć: „a nie mówiłam?”.

Może „Dom dobry” to też dobra okazja, by powiedzieć naszym córkom, przyjaciółkom, znajomym, siostrom: „pamiętaj, że mimo tego, że się różnimy, to jak będziesz potrzebować pomocy, to jestem”. Takie jedno zdanie może wiele zmienić. A nawet uratować czyjeś życie.

Na koniec jeszcze wrócę do tegorocznego gdyńskiego 50 Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. „Dom dobry” Wojciecha Smarzowskiego nie otrzymał żadnego wyróżnienia. Oczywiście decyzje jury są subiektywne, bo jurorzy tak jak każdy z nas mają swoje gusta i sympatię. Zgodzę się, że tematyka filmów była tak różna, że czasem trudno ocenić np. który aktor odnalazł się lepiej w kreacji głównego bohatera (ale to temat na osobny tekst). Jednak trudno nie wspomnieć o genialnych kreacjach aktorskich Agaty Turkot (Gośka) i Tomasza Schuchardta (filmowy Grzegorz).

Myślę, że można te role określić jako misję społeczną, gdyż chyba nikt nie myśli, że podjęli się gry w filmie (w takim filmie!) Smarzowskiego dla sławy czy wynagrodzenia. Są to role niezwykle ciężkie emocjonalnie dla widza, a co dopiero dla aktorów. Agata Turkot odgrywa rolę Gośki tak przekonująco, że ma się ochotę wejść w kadr filmowy i zabrać ją z tego dobrego domu. A Tomasz Schuchardt świetnie pokazał dwa oblicza oprawcy Grześka, i jestem przekonana, że taka rola jest wymagająca nawet dla najlepszego aktora.

Zaskoczona więc jestem, że film ten został nie tylko w ogóle niedoceniony w Gdyni od strony „technicznej” (czyli wszystkie „statuetkowe” kategorie i nagrody za reżyserię, scenariusz, aktorstwo etc), ale przegapiono idealną okazję, by podkreślić, że przemoc domowa to problem, z którym musimy walczyć, na wielu płaszczyznach. Szkoda.

Pojawia się również dyskusja, że ten film nie powinni oglądać nastolatkowie, bo jest zbyt brutalny itd. Proponuję zastosować podobne kryteriów co przy horrorach. Bowiem to, o czym mówi „Dom dobry” to nic innego horror codzienny dla wielu osób.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *