Nie lubię słowa „sukces” – rozmowa z Jackiem Mulczykiem – Skarżyńskim, czyli Panem od francuskiego!

Potrafi zachęcić do nauki francuskiego tych, co tego nigdy nie mieli w planach. W przerwie pomiędzy autorskimi zajęciami w swojej szkole, spacerem po paryskim Montmartre a oczekiwaniem na propozycję roli w kolejnym sezonie „Emily w Paryżu” znalazł chwilę, by porozmawiać, o tym jak robić to, co się kocha i nie zwariować. Z pozoru lekka rozmowa na ważne tematy.

Panie i panowie, Mesdames et Messieurs, zapraszam do lektury. Przed Wami wywiad z Jackiem Mulczykiem – Skarżyńskim, czyli Panem od francuskiego!

========

la bloggerista: Zaczynałeś w sieci jako Pan od francuskiego, od nagrywania filmików, później otworzyłeś szkołę językową w Warszawie, teraz prowadzisz swoją szkołę w Paryżu. Ale chyba możemy powiedzieć, że wszystko to przez twoją babcię! Gdyby nie ona to twoje życie mogłoby chyba wyglądać zupełnie inaczej.

Jacek: Zdecydowanie tak. Myślę, że nie byłoby mnie tutaj gdzie jestem, gdyby babcia nie dostała korka po szampanie od generała de Gaulle’a.

Którego niestety nie masz! (śmiech)

Niestety, nie mam dowodu, ale za to w mojej rodzinie pozostała nostalgia do francuskiego i do kultury francuskiej. Co prawda francuskiego zacząłem się uczyć jak miałem jakieś 14-15 lat, ale byłem już zakochany w tym języku zanim go de facto poznałem. I to właśnie dzięki babci, która m.in. śpiewała nam „Marsyliankę”. Dopiero po latach dowiedziałem się, że zmieniała słowa (śmiech). Ale to wszystko sprawiło, że zacząłem się uczyć z tak wielką pasją, że nawet potencjalnie trudne struktury, które są opisywane jako okropne i nudne mnie pasjonowały. Ja wręcz czekałem, aż wreszcie ich się nauczę! I tę właśnie pasję staram się przekazać innym.

Studiowałeś romanistykę, a wiadomo, że po tym kierunku jedną z opcji jest zostanie nauczycielem. Czy wtedy już o tym myślałeś, czy zostawiałeś sobie wiele możliwości?

Myślałem o byciu nauczycielem już nawet wybierając te studia. Początkowo chciałem iść do szkoły teatralnej, ale rodzice mnie skutecznie do tego zniechęcili. Tym bardziej, że uczęszczając jako nastolatek na zajęcia teatralne miałem już namiastkę presji. A ja strasznie nie lubię tego, jak ktoś we mnie ingeruje. Poszedłem na romanistykę z wizją tego, że bycie nauczycielem to też w pewnym sensie bycie aktorem. Jest w tym trochę performansu, jest publiczność, są emocje i każda lekcja to swego rodzaju przeżycie.

Na studiach obowiązkowe są praktyki w szkołach np. liceum, gimnazjum. Czy na tym etapie rozważałeś, że twoja kariera zawiedzie cię do takiej placówki?

Praktyki uświadomiły mi jedynie, że nie chcę pracować w szkole publicznej (śmiech). Przeszkadzała mi biurokracja, jaka jest związana z systemem edukacji. To jest naprawdę skutecznie odstręczające. I jeżeli nie ma się silnego charakteru i wsparcia bliskich osób to szybko można się wypalić. Ja zawsze lubiłem uczyć tak, jak lubię i tworzyć własne metody. Bo nie chodzi o to, żeby zrealizować materiał od strony do strony, tylko żeby te osoby się nauczyły. Testy i egzaminy to zupełnie nie moja bajka.

Niestety ten aspekt praktyczny jednak w programach szkolnych umyka. I często jest frustracja, że uczymy się rok, dwa, a później nie potrafimy obejrzeć filmu ze zrozumieniem. Albo zapytamy o drogę, a nie potrafimy zrozumieć odpowiedzi, tych kierunków, które nam ktoś podaje.

Albo znamy 30 synonimów do jakiegoś słowa, a w rzeczywistości nie możemy się porozumieć z drugą osobą. Szkoła jako system w małym stopniu bierze pod uwagę ucznia i jego indywidualne potrzeby. No ale z drugiej strony, co się dziwić, skoro są to zajęcia grupowe, szczególnie w ogromnych 30-osobowych grupach. Dlatego stwierdziłem, że wolę stworzyć swoją własną szkołę.

A jak powstał Pan od francuskiego”? Skąd w ogóle pomysł na taką nazwę?

A to bardzo prosto. Pracowałem w szkole językowej i kiedy przychodziłem prowadzić zajęcia w firmach, to osoby z recepcji anonsowały mnie: „Pan od francuskiego już przyszedł”. Trochę jak „Pan kanapka”.Pomyślałem, że to świetna nazwa i tak nazwałem swoją działalność. Wtedy nie było tych wszystkich „panów” i „pań” działających w internecie.

We Francji też jesteś Panem od francuskiego”?

Nie. Tutaj kierując się do międzynarodowego odbiorcy, działam jako twarz mojej szkoły „Parolerie”. Ta nazwa to połączenie „słowa” (parole) i przyrostka „-rie”, który widoczny jest w nazwach francuskich butików, np. boulangerie (piekarnia), laverie (pralnia) czy librairie (księgarnia). Parolerie to oryginalna nazwa, która bardzo pasuje do Paryża i której wypowiedzenie jest już pierwszym wyzwaniem dla osób uczących się francuskiego.

fot. Oliver Hugo

Przyznaję, też się obawiałam, że jak będę próbowała wymówić nazwę twojej szkoły to polegnę (śmiech). Ale wiem, że słyszałeś wiele błędów.

Naprawdę wszystko już słyszałem i błędy nie wywołują na mnie żadnego wrażenia, bo to coś całkowicie normalnego w procesie edukacji. Nadawanie im przesadnie dużej wagi może tylko przeszkodzić w nauce. Zawsze mówię osobom, które uczę: „Bierz traktor i miażdż ten francuski. Ważne, żeby coś z niego wycisnąć”. Nie próbując, nie zrobisz nic. A jeśli cokolwiek powiesz, to ryzykujesz jedynie, że ktoś cię zrozumie.

Mówisz o tym, że powinniśmy sobie pozwalać na błędy. A czy Francuzi też dają nam przyzwolenie na te błędy?

Tak! Ale coraz więcej osób – szczególnie w Paryżu – mówi po angielsku i słysząc obcy akcent, może niespodziewanie przejść na angielski.

Tak, właśnie tego doświadczyłam w Paryżu. I potem się zastanawiałam: Po co się uczyłam tego języka?

Myślisz sobie: „Oni tak specjalnie!”. Ale nie! Oni tak robią, bo chcą ci pomóc, żebyś się nie męczyła. Sęk w tym, że ty właśnie chcesz się męczyć! (śmiech). Niektórzy twierdzą, że Francuzi są aroganccy i specjalnie udają, że cię nie rozumieją. Ale po francusku akurat jest tak, że jeżeli zmienisz jedną literkę, to naprawdę ktoś może cię nie zrozumieć. Nie ma więc co się przejmować. Najwyżej trzeba będzie coś powtórzyć, albo powiedzieć coś inaczej. Albo po prostu ktoś nas nie zrozumie. I co z tego? Innym razem będzie lepiej.

To bardzo ciekawe, co powiedziałeś. Też miałam takie wrażenie, że może Francuzów męczy to jak mówię, ale teraz spojrzę na to z innej strony. Może trzeba na przykład iść do kawiarni z karteczką przyczepioną do ubrania: „Chcę próbować mówić po francusku”.

Tak się składa, że właśnie wyprodukowałem naklejki: „Je voudrais parler français” – Chciał(a)bym mówić po francusku. Dostajesz taką na moich kursach i już ze spokojną głową idziesz w miasto.

To świetnie! W Warszawie miałeś swoją szkołę językową – Oranżerię, która była urządzona bardzo klimatycznie, były tam m.in stoliki, a nie ławki jak w typowej szkole. Czytałam, że zdarzało się, że czasem ktoś chciał wpaść do ciebie po prostu na kawę, myśląc że to kawiarnia! (śmiech) Czy w Paryżu też się tak zdarza?

W Parolerie też jest klimat: są welurowe krzesła, każdy ma swój indywidualny okrągły stoliczek, są różowe neony w kształcie ust. Ale na szczęście nikt tutaj przypadkiem nie wchodzi! (śmiech). Raczej już wiedzą, na co się szykować, bo w witrynie widnieje duży napis: „Learn French better than Emily” (tłum: Ucz się francuskiego lepiej niż Emily. Jest to nawiązanie do serialu Netflixa „Emily w Paryżu” – przyp. red.). Codziennie wiele osób robi sobie z nim zdjęcia.

Obejrzałam „Emily w Paryżu”, ale na początku nie miałam tego w ogóle w planach. Dopiero ktoś mi go polecił. Ale przyznaję, ma coś w sobie, choć jest trochę taki bajkowy. Ile według ciebie jest tam prawdy o Paryżu i o Francuzach?

Myślę, że tak z 30%. Francuzi nie lubią „Emily w Paryżu”. Oburzają się, mówiąc, że prawdziwy Paryż wcale nie jest taki ładny, że Emily nie jeździ w ogóle metrem i chodzi w obcasach (śmiech). Ciekawie podsumowała to aktorka grająca postać Sylvie w „Emily”, Philippine Leroy-Beaulieu: „To nie jest film dokumentalny, ani reportaż o Paryżu. To bajka! Nikt nie oczekuje od Kopciuszka, żeby był realistyczny, więc odwalcie się od Emily”. Ja akurat lubię ten serial i uważam, że trzeci sezon jest bardzo udany, bo sama Emily dużo się uczy. Także francuskiego. A my razem z nią.

fot. Oliver Hugo

Tak, chyba każdy już wie jaki rodzajnik ma wagina. Właśnie dzięki „Emily”.

Dokładnie. Bardzo praktyczna informacja, której może nie poznasz na lekcjach w zwykłej szkole.

Na pewno. Miałeś okazję rozmawiać z aktorami właśnie tego serialu. Jak do tego doszło?

Bardzo prosto. Netflix zwrócił się do mnie z taką propozycją.

Brzmi świetnie!

To było bardzo ciekawe doświadczenie znaleźć się blisko tych aktorów. Co prawda odbywało się to na Zoomie, ale i tak było to niesamowite widzieć ich poza serialem i rozmawiać z nimi. Oczywiście było to stresujące wyzwanie ale poradziłem sobie i można to obejrzeć na moim kanale na YouTube.

Doskonalisz się również aktorsko. Jeżeli Netflix zadzwoniłby do ciebie ponownie, ale tym razem z propozycją roli w 4 sezonie „Emily w Paryżu”, co byś zrobił?

Ja tylko na to czekam! Najlepsze jest to, że reżyser tego serialu przechodził obok mojej szkoły, zrobił zdjęcie witryny z napisem „Learn French better than Emily” i umieścił na swoim Instagramie. Więc oni nawet wiedzą gdzie mnie znaleźć (śmiech). Moi fani już mu napisali w komentarzach, że ma mnie zatrudnić. Nie ukrywam, że chętnie bym zagrał jakąś małą rólkę, choćby polskiego hydraulika (śmiech).

A masz jakieś konkretne plany związane z aktorstwem?

Opowiem ci o szkole teatralnej! Studiowanie w prestiżowej Cours Florent było moim marzeniem. Chciałem, żeby te studia w pewnym sensie mnie dopełniły, napełniły mój głód teatru, moją pasję do sceny. Na przesłuchaniu przedstawiłem między innymi bardzo emocjonalny monolog z dramatu „Lilla Weneda” Słowackiego i zostałem przyjęty od razu na drugi rok! Studia były niesamowicie ciekawe, spędziłem tam prawie pół roku. Ale nie spodziewałem się, że będą tak czaso- i pracochłonne. W każdym tygodniu mieliśmy minimum 12 godzin zajęć, na których trzeba było już pokazywać efekty pracy. Czyli trzeba było się spotykać z ludźmi po godzinach, robić próby, chodzić do teatru, czytać. Gdybym nie miał swojego życia, szkoły, którą prowadzę, działalności w mediach społecznościowych, gdzie tworzę filmiki, uczę francuskiego i odpowiadam na różne pytania, to wtedy mogłoby być inaczej. Jako trzydziestopięciolatek pragnąłem dopasować teatr do swojego ukształtowanego już życia, nie chcąc przy tym nic tracić. Na dłuższą metę taki układ doprowadziłby mnie do wypalenia, więc zrezygnowałem. Ale czuję się mądrzejszy – zarówno teatralnie jak i życiowo.

Praca aktora wymaga wiele pracy także ze sobą, psychicznej i fizycznej.

Tak, to naprawdę wymagający zawód. A widzowie patrzą jedynie na efekt tej pracy.

Na ten wierzchołek góry lodowej.

Zachwycamy się z jaką lekkością aktorzy grają, jak śpiewają, jak tańczą. Ale nie widzimy tych godzin pracy nad sobą, uczenia się, tworzenia, przeobrażania. Tak samo jest z językiem. Ludzie myślą: „Jak ona pięknie mówi po francusku, też tak chcę!”. Ktoś zapisuje się na kurs języka i nagle styka się z problemem, bo zanim powie pierwsze zdanie, to musi się trochę napocić. Nam podoba się sam efekt, a praca… już niekoniecznie.

Myślę, że u ciebie jest tak samo, niektórzy myślą: masz teraz szkołę w Paryżu, jesteś znany. Ale ile lat ci zajęło, od nagrania pierwszego filmiku, żeby dojść do tego momentu, żeby ktoś to obejrzał, żeby przyciągnąć uczniów?

No właśnie! Niektórym się wydaje: „Jak fajnie, udało ci się”. Nie, to mi się nie „udało”. To jest wszystko moja praca.

Właśnie, we francuskim przecież nic się nie udaje!

Tak, we francuskim jest specjalny czasownik: „réussir” – którego w polskim nie ma, bo w naszym języku wiele rzeczy nam się przydarza, nie jest wynikiem naszych starań i nie bierzemy za nie odpowiedzialności: „udało mi się”, „ciasto mi nie wyszło”, „szybka w telefonie mi się zbiła”, czy… „stanął mi” (śmiech). Po francusku te wszystkie czynności odmienia się w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Bierze się odpowiedzialność za porażki i sukcesy.

Robisz wrażenie optymistycznej osoby, naszej rozmowie towarzyszy również niesamowicie pozytywna energia. Myślę, że starasz się patrzeć pozytywnie na życie. Ale wiadomo, nie zawsze się da. Jak się motywujesz w sytuacji, gdy masz gorszy dzień, a w planie zajęcia? Co robisz, żeby być z uczniami na 100%, na 200%?

Na szczęście mało mam takich momentów, żeby praca sprawiała mi trudność. Teraz, we Francji bardzo dbam o równowagę między życiem prywatnym, rozwojem i pracą, więc pracuję też dużo mniej. W Polsce czułem już szklany sufit i to, że się wypalam – to też był jeden z powodów, żeby tu wyjechać. Prowadziłem tyle kursów! Regularne zajęcia grupowe, warsztaty, kursy indywidualne, jakieś eventy, filmiki, współprace, ebooki. I nagle okazało się, że nie miałem życia. Tutaj mam reset. Tworząc życie od nowa, pozbawiasz się wszystkich bodźców i tego, że ktoś od ciebie tyle oczekuje, tych możliwości, również finansowych. Ale możesz zbudować sobie to wszystko na nowo, poustawiać w inny sposób. Staram się nie brać sobie dużo na głowę i świadomie planować. Moje kursy trwają maksymalnie 5 dni. Nie męczymy się sobą, zawsze jesteśmy w trybie poznawania się i dla mnie dzielenie się wiedzą zawsze jest taką radością, jakbym dawał komuś ładnie zapakowany prezent. Sam też dużo dostaję dobra, na przykład w postaci pozytywnych komentarzy od obcokrajowców – zauważają, że w bardzo prosty sposób potrafię wytłumaczyć rzeczy, które są pozornie trudne. To dla mnie bardzo wartościujące i daje mi jeszcze większą chęć do działania dalej.

fot. Oliver Hugo

Z jednej strony tworzysz filmiki, gdzie tłumaczysz zawiłości francuskiego, a w komentarzach często pojawiają się opinie: „Jakbym miał takiego nauczyciela jak ty, to mój francuski wyglądałby inaczej”. A z drugiej strony kursy u ciebie dostępne są tylko stacjonarnie, i tylko w Paryżu. Czy to nie jest po prostu okrutne? (śmiech)

Pomimo tego, że działam dużo w mediach społecznościowych, to już moje zajęcia są jakby ponad internet, bo bariery ekranu nie przeskoczysz. Nie bez powodu moja szkoła nazywa się Gabinetem Doświadczeń Językowych (Cabinet d’expériences linguistiques). Od początku bardzo zależało mi na tym, żeby moja oferta znacząco różniła się od innych szkół. Nie ma kursów online. Na zajęcia trzeba przybyć do Paryża, napełnić się nie tylko moją energią i pomysłami ale też energią tego miasta i osób, które w nim są.

Paryż to już wyprawa…

Tak! Ale to świetna okazja na rozwój i połączenie podróży z nauką! Zwróć też uwagę, że kiedy musisz przyjechać do Paryża na kurs francuskiego, odcinasz się od życia w swoim kraju, często też od swojej rodziny, i robisz coś dla siebie. Młode matki, które przyjeżdżają do Parolerie mówią: „Wreszcie będę miała czas dla siebie” (śmiech). Ja zawsze powtarzam: „Kurs francuskiego i Paryż gratis”. Mój flagowy kurs Vague to jest fenomenalne doświadczenie: 5 dni, 5 godzin zajęć dziennie, od 9 do 14 i potem resztę dnia masz na Paryż. Polecam wiele miejsc, knajp, teatrów, aktywności… Dzięki temu nauka nie dzieje się jedynie w szkole. Jesteś w Paryżu, spacerujesz po nim, jesz croissanty, pijesz kawę, ćwiczysz jogę, piknikujesz przy Wieży Eiffla, idziesz do lumpeksu, gadasz z ludźmi, oglądasz spektakl… To jest coś wyjątkowego, na co staram się zwrócić uwagę, proponując moje kursy. Ale nie każdy jest gotowy na takie językowe doświadczenie. Za to filmiki są dla wszystkich (śmiech).

A jaki jest twój największy sukces pedagogiczny? Wiem, że jedna z twoich uczennic miała 76 lat jak zaczęła się uczyć…

Tak! I świetnie sobie radziła, bo wreszcie miała czas. To był właśnie ten moment, kiedy mogła zrobić coś dla siebie. I była z tego powodu niesamowicie szczęśliwa. Była taką dynamiczną emerytką, i w ogóle korzystała z życia. To przykład godny naśladowania. Często odmawiamy sobie przyjemności z rozwoju i spełniania zachcianek. Sami siebie ograniczamy, mówiąc „chciałabym się uczyć francuskiego, ale najpierw zainwestuję w angielski”. Spotykam osoby, które znają już trochę francuski i chcą się rozgadać, ale nie zapisują się na kurs konwersacyjny, bo wolą przedtem odświeżyć sobie gramatykę (śmiech).

Tak, i „Bescherelle” (książka z odmianą czasowników francuskich – przyp. red.) na pamięć! (śmiech)

Sami siebie pozbawiamy realizacji marzeń, w tym językowych. Kiedyś usłyszałem: „Chciałabym się uczyć francuskiego, ale mam już 32 lata. Myślisz, że jest jeszcze szansa?”. Ja na to: „Kobieto, ogarnij się! (śmiech). Ty masz dopiero 32 lata!”. Marzenia nie mają terminu ważności. Najwyżej spróbujesz i ci się nie spodoba, albo ci się spodoba i ryzykujesz to, że się wkręcisz. Natomiast moim największym osiągnięciem pedagogicznym jest to, że trafiam do osób, które w ogóle się nie uczyły języka francuskiego, które nawet nigdy nie chciały się go uczyć, a i tak oglądają moje filmiki. Sam się temu dziwię (śmiech).

Czy czujesz się człowiekiem sukcesu?

Nie lubię tego określenia.

Czyli nie trafiłam z pytaniem?

Sukces mi się jakoś źle kojarzy. To chyba dziwne, bo przecież nie powinno tak być. A jednak, kiedy słyszę w moim kontekście słowo „sukces” to nie brzmi to jakoś adekwatnie.

A jakie słowo by ci się dobrze kojarzyło?

Wolę powiedzieć o sobie, że jestem spełniony. Sukces to w moim odczuciu wartość nadana z zewnątrz. Ktoś mówi o tobie, że jesteś człowiekiem sukcesu. Ponieważ czegoś dokonałeś… albo coś ci się „udało”! (śmiech). A w momencie, kiedy ty się czujesz spełniony, to nie musisz być ani bogaty, ani popularny, nie musisz niczego posiadać, ani niczego nikomu udowadniać. Jeśli jesteś osobą spełnioną, to wszystko zależy od ciebie, bo spełnienie jest wewnętrzne. Myślę, że to chyba właśnie to. Czuję się spełniony.

Myślę, że to jest bardzo dobra puenta naszej rozmowy.

Dziękuję, że mnie do niej doprowadziłaś. Bo to nie jest oczywiste. Nigdy nie zadawałem sobie tego pytania.

===========================

@panodfrancuskiego

https://www.panodfrancuskiego.pl/

@parolerie

https://parolerie.paris/

Comments

  1. Monika says:

    Bardzo inspirujący rozmówca i świetna rozmowa, nie tylko o nauce francuskiego, ale przede wszystkim o wyznaczaniu celów i spełnianiu marzeń, w każdym wieku! Aż chce się „zacząć wszystko od nowa” 🙂

  2. Basia says:

    Dokładnie tak, trzeba zachować równowagę w życiu. Bardzo ważny jest czas na reset. Ciekawa rozmowa, motywująca do pozytywnych zmian. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *