Single w czasie pandemii

maj 2022, autorka: la bloggerista

Single przeżyją pandemię i wszystko inne

Kiedy decyduję się pisać o singlach w czasie pandemii, od razu przychodzi mi do głowy Ania. Nie raz mówiła, że wszędzie się mówi tylko jak pandemia i zamknięcie źle wpłynęło na dzieci, rodziny dostają bony turystyczne, żeby móc się zrelaksować, a o singlach nic. Czasem wydawało jej się, że pojawił się jakiś ciekawy artykuł, a to tylko przyciągający uwagę tytuł. Treść nie mówiła nic o singlach. Bez wahania zgadza się opowiedzieć o pandemii singielki.

Już się przyzwyczaiła do określenia „singielka”, ale jeszcze jakiś czas temu ją denerwowało, miało negatywny wydźwięk. „Kojarzyło mi się z takim celowym byciem osobą niesparowaną. Taką, co wykorzystuje tę sytuację i dobrze się bawi” – mówi. ”Ale może po prostu patrzyłam na to określenie oczami innych.”

Ania ma 39 lat i pracuje jako specjalista ds. sprzedaży w korporacji w dużym mieście w Polsce. Jak żyła przed pandemią? Mówi o sobie „spokojna domatorka”. I zaczyna wymieniać: sport, a głównie taniec i salsa. W tygodniu jakieś zajęcia, w weekend impreza właśnie w rytmach salsy i spotkanie ze znajomymi. Poza tym jakiś koncert czy teatr. Słucham tej wyliczanki i gubię się. Może mam stereotypowe pojęcie „domatora”, ale dla mnie to osoba, która woli film i książkę w domu, niż spędzać czas poza nim. Mówię Monice, że coś mi tu nie gra. Zastanawia się chwilę. Faktycznie, może źle to ujęła. Jest po prostu dość nieśmiała i nie szuka głośnych imprez, nie musi żyć bez przerwy na pełnych obrotach – to taka jej definicja „domatorki”. Dla mnie ok. Do takiego klubu domatorów z chęcią dołączę. „A wszystkie te wyjścia to głównie z osobami bez pary – dodaje. – Bo single trochę trzymają się razem, bo dobrze rozumieją swoją sytuację”.

A skąd ten taniec? – pytam. „Ogólnie moje pójście na salsę było ukierunkowane na to, żeby kogoś poznać. Chociaż taniec uwielbiam” – odpowiada ze śmiechem. Ania szuka miejsc, w których można w naturalnych warunkach poznać kogoś, faceta, który ma podobne zainteresowania, i niekoniecznie korzysta z portali randkowych. Choć sama przyznaje i takie doświadczenia ma na koncie.

A pandemia? Pamięta, kiedy przyszła? Niestety, aż za dokładnie. W momencie, który miał być przełomowy w jej życiu. Właśnie kupiła mieszkanie w mieście. Wcześniej mieszkała w mniejszej miejscowości. „Miałam teraz ruszyć w miasto” – śmieje się. Ale jest to gorzki śmiech. Własne mieszkanie miało być zmianą w jej życiu. Nie chodzi tu o nie wiadomo co. Po prostu chciała korzystać na co dzień z bliskości różnych miejsc – tego, czego nie doświadczała w małej miejscowości. „No to taka ironia losu trochę mogę powiedzieć, bo wykonałam ten krok, który miał być taki przełomowy, w tym moim poznaniu kogoś, a wszystko się odwróciło.”

Pandemia to olbrzymie zaskoczenie i duży stres. Wszyscy w maseczkach, w sklepie każdy skupiony na kupowaniu tego, co trzeba, nikt się nie uśmiechał, nie zagadywał, nie nawiązywało się relacji. Jeżeli chodzi o relacje damsko-męskie – zero optymizmu.

„Co miała singielka w głowie w czasie pandemii? Że to musi się szybko skończyć. I się otworzę na ludzi, intensywniej przyłożę się do szukania drugiej połówki. Wtedy bardziej niż wcześniej odczuwało się brak tej drugiej osoby. Nawet jeśli ta singielka świetnie się czuje w tej samotności, bo już się nauczyła, przyzwyczaiła się, to ona też potrzebuje tej drugiej osoby, żeby mieć z kim porozmawiać jak się wróci z pracy do domu, opowiedzieć o swoich obawach. I mieć wsparcie.To jest jednak właśnie taki duży stres, a nikogo bliskiego nie ma obok.Ale wtedy wszyscy byli tacy zadaniowi, każdy koncentrował się na bezpieczeństwie, też chyba nie było za bardzo ochoty do poszukiwania tej drugiej osoby. No bo jak? Nie wiesz czy naprawdę jesteś bezpieczny. Czy twoja rodzina jest bezpieczna? Czy można coś z tym zrobić? Bo przecież na początku nie było wiadomo czy będzie szczepionka. Miałam też plan powrotu do przeszłości, do aktywności, które dawały mi tą radość i które też umożliwiały poznanie kogoś, czyli taniec. Albo jakiś dodatkowy kurs, studia, a może wyjazd? Nie było to do końca sprecyzowane”.

„A zdarzało Ci się robić w głowie przegląd byłych relacji? Na przykład, że jakiejś znajomości nie dałaś szansy? – pytam. Ania odpowiada ze śmiechem: „Ale to są moje regularne myśli.” Przyznaje, że w „gorszych momentach” przegląda Instagram byłego chłopaka albo zastanawia się czy mogła być dla kogoś bardziej wyrozumiała, albo z czegoś może za szybko zrezygnowała. „Przychodzi myśl, że nie byłabym teraz sama, gdybym coś inaczej zrobiła. Ale, co ciekawe, po chwili przychodzi druga myśl: no nie, nadal miałabym z tym problem. Wiesz, czuję się lepiej jak przyznaję sobie słuszność tamtej decyzji.”

Zazdrościła czasem innym parom? „No tak, ale wiesz, nie tylko w pandemii, ale i przed” – śmieje się Ania. „Ale muszę powiedzieć, że ja większość życia jestem sama. Miałam takie krótkotrwałe relacje, ale jestem sama, z różnych powodów. I w związku z tym mam więcej okazji do tego, żeby może czasami komuś pozazdrościć. To nie jest tak, że codziennie wieczorem płaczę, bo ja kogoś nie mam.” To kiedy jest najgorzej? – pytam. „Jak jest weekend i ty robisz pranie i sprzątasz, a wiesz, że twoja koleżanka wyjeżdża właśnie w chłopakiem na weekend. Albo jesteś zaproszona na wesele. Ja idę w sierpniu i po prostu już mam ból brzucha jak sobie pomyślę, że będę sama na tym weselu. Wiele osób myśli podobnie. Dla kobiety samotnej w pewnym wieku udział w takiej imprezie jest dosyć kłopotliwy. Ale z kolei na poprzednim byłam z kolegą, którego dobrze nie znałam i to też nie jest nie do końca świetne rozwiązanie – jeżeli ta osoba nie lubi tańczyć (a ty tak), albo wypije dwa drinki za dużo”.

Psychologowie mówią, że najpierw trzeba pokochać siebie, a potem budować związek. Ania zgadza się z tym w 100%. A na jakim jest etapie? „Generalnie siebie lubię, ale są pewne rzeczy, które jeszcze muszę trochę polubić”.

Pytam czy teraz szuka jakichś nowych, dodatkowych wartości albo cech u drugiej osoby. Chce, żeby ta osoba miała podobne podejście do tematu przestrzeganie obostrzeń czy też szczepień. Ciężko byłoby jej po tych dwóch latach wyrzeczeń zaakceptować to, że ktoś myśli o pandemii zupełnie inaczej niż ona. To jest szacunek do drugiej osoby. Inne wartości się nie zmieniły.

Ania przyznaje, że może było jej łatwiej w pandemii jako singielce, bo podeszła do tego w sposób naturalny. Po prostu była dalej sama. Było łatwiej, ale to nie znaczy, że łatwo. Single przeżyją pandemię i wszystko inne. Bo muszą. Muszą się same o siebie zatroszczyć. Ale wyjdą z niej nie tak poobijani jak niektórzy co byli w związkach i w zamknięciu.

Plusy z pandemii? Zmiana priorytetów. Wcześniej ważna była praca. W sumie dalej jest. Ale w czasie pandemii miała czas wszystko przemyśleć i doszła do wniosku, zaangażowanie w pracę dużo ją kosztuje, że czas prywatny poświęca na pracę. Coś z tego niby ma, ale chyba nie tyle, ile by chciała. Chce więc te siły przeznaczyć na to co się dzieje po tej szesnastej. Czyli zaangażowanie w pracę na 100%, ale tylko i wyłącznie w czasie pracy.

Dostałam rykoszetem, i nie tylko ja

Joanna, gdy usłyszała o czym piszę sama zaproponowała, że podzieli się swoją historią. Bo ma o czym mówić. Ma 38 lat i roztacza bardzo pozytywną energię wokół siebie. Zabrzmi to dziwnie, ale nie wygląda na osobę, która „ma o czym mówić”.

Jest już 4 lata po rozwodzie i od tego czasu nie jest w żadnym związku. Ma duże grono znajomych i w większości nie singli. Każdy ma jakieś ograniczenia czasowe, ale przed pandemią dosyć często udawało im się spotkać. Po rozwodzie, jak sama mówi, trochę się zachłysnęła życiem singla – imprezki, spotkania, wyjazdy. Zaczęła też podróżować. Z innymi i sama. Była sama np. na Malcie. „Bardzo potrzebowałam takiego wyjazdu, samej. Bo ja jednak mam taki tryb zwiedzania, dużo chodzę…”.

Poza tym dużo czasu zajmował jej sport. Nie jakiś ekstremalny. Ale zaczęła dużo biegać, chodzić na siłownię. „To był mój antydepresant. Sport podnosi poziom endorfin, to nie tylko teoria. Poza tym, nie ma się co czarować, po iluś tam latach w związku te samotne wieczory to jest szok, trzeba się do nich przyzwyczaić. Zdarzało mi się ok. 21szej spakować torbę i iść poćwiczyć. Tak samo o 6tej rano, nie mogę spać, wstaję, idę biegać. To mi bardzo pomagało”.

Określenie „singielka”? Jest ok, ale przyznaje, że musiała się go nauczyć. „Zawsze kojarzyło mi się z pokoleniem dwudziestolatków”. Singielka z wyboru? „W sumie tak, zawsze jest ten wybór. Mogłabym się zgodzić na coś, co mi by nie pasowało. Mogłabym nadal tkwić w małżeństwie, albo związać pewnie z jakimś patałachem” – śmieje się sama na te słowa. „Ale jednak wolę swoje własne życie, niż byle co, że tak powiem. Przepraszam, że nazywam rzeczy po imieniu, ale to tak jest” dodaje.

Przed pandemią dużo pracowała. Za dużo. Nawet nie chciała tego, sama nie wie jak do tego doszło. Niektórzy przed samotnością uciekają w pracę. Ona uciekała w sport. Do tego kurs rysunku, planowanie podróży. Skupiała się na tym, żeby mieć grafik wypełniony po brzegi. Zainteresowania, język taki, owaki. Do tego praca, duży nacisk ze strony firmy. Niedosypianie. Żyła aktywnie, za bardzo. Odbiło się to wszystko na zdrowiu.

„Ja miałam już wtedy wykupione bilety do Rumunii i tam miałam zaplanowaną podróż pociągiem przez cały kraj. To miało się zadziać w kwietniu. A w marcu nas zamknęli. Wtedy zaczęła się praca z domu, siedzenie w domu. Zaczął się ogromny, niesamowity lęk. Taki, że ja nie wiedziałam co się dzieje. Ja nawet nie bałam się niczego konkretnego. Po prostu tej niewiadomej. Mogłam pogadać przez telefon z bratem, jak on się czuje, a jak ja się czuję, a to, a tamto. Z kimś na spotkanie na Skypie z kamerką się umówić” wspomina. Ale to nie to samo. Najgorsze było to, że zaczęła oglądać dużo informacji. Ilość tego wszystkiego ją bombardowała. „Siedzisz wieczorem na kanapie, oglądasz „Fakty”, cokolwiek. Dostajesz informacje ile osób zmarło na covid. Co drugie słowo, które słyszysz to „śmierć”, „choroba” i tak dalej. I nagle wtedy stwierdzasz, że ty siedzisz na tej kanapie sama i nie ma tu drugiej osoby, której byś się zapyta: „Słuchaj, a co ty o tym myślisz?”, „Przytul mnie”. Nie ma takiej osoby. No i to chyba był taki najgorszy moment”.

W lutym Joanna wyczuła guza w piersi. „I jak się zaczęła pandemia, to jest w ogóle dziwne, ale mój guz zaczął rosnąć w tempie ekspresowym. No moje przypuszczenie jest takie, że danie się zbombardować tym całym lękiem mogło to przyśpieszyć. Gruchnęło wszystko naraz. Ale ja nie miałam jakby możliwości, żeby się dostać do lekarza, bo było to wszystko ograniczone. W lutym mi powiedziano: ‘No pani przyjdzie za pół roku, wszystkie kobiety tak mają’ ” . Joanna poszła w kwietniu jak tylko trochę się wszystko zluzowało. Ale do dzisiaj nie może sobie wybaczyć tego, że siedziała, słuchała tego, co się dzieje, a jednocześnie organizm po prostu reagował na to w zły sposób. A ona nie poszła wtedy do lekarza. „Trzeba było się dostać gdziekolwiek, do jakiegokolwiek lekarza, na jakąś biopsję, mieć gdzieś za przeproszeniem pandemię” mówi. A ja siedzę i zastanawiam się co powiedzieć. Nie spodziewałam się takiej odpowiedzi na pytanie czy pamięta kiedy pojawiła się pandemia. Ja mam swoją listę pytań. A teraz jest ona nieważna. Ale Joanna mówi dalej, tym samym spokojnym tonem, choć w środku pewnie jest pełno emocji: „Pandemia mnie osobiście nie dotknęła, nie chorowałam na covida. Ale jak już poszłam do lekarza to się okazało, że guz jest na tyle duży, że nie dość, że pozbędę się piersi, pozbędę się węzłów chłonnych, więc będę miała jakieś ograniczenia ruchowe, no to po prostu już nie da się bez chemioterapii, bez radioterapii. Po prostu mi się wtedy zawalił świat. No i nadal byłam sama”.

Kwiecień, maj, już się ludzie zaczęli spotykać, Joanna jedzie do brata na Wielkanoc. Potem lato, lekkie rozluźnienie, jakiś wyjazd ze znajomymi nad jezioro, czy na jakąś kawę można było wyjść. A potem druga fala. „I znowu nas zamknęli w domach. Bałam się czy na pewno dostanę kolejną chemioterapię, bo co jeżeli znów coś pozamykają, bo wykryją covid? To był główny problem. Pamiętam, że miałam mieć operację w styczniu po drugiej fali. I ja z własnej woli zostałam na święta Bożego Narodzenia sama w mieszkaniu, i tak samo na sylwestra. Ja nie bałam się samego covidu, ale tego, że mam pozytywny wynik testu i moja operacja się nie odbędzie. Jak nie wtedy to kiedy się odbędzie? Ja z guzem chodziłam ponad całą chemioterapię. Boże Narodzenie to nie był fajny czas. Ja nie jestem osobą, która nie wiadomo jak lubi święta. Ale jak ktoś ci te święta zabierze to… Cholera jasna, tak nie powinno być!”. Nie powinno. Przyjaciółka dzień przed wigilią pod próg podrzuciła Joannie pierogi, w sylwestra znajomi zostawili koszyk z jedzeniem i małym szampanem. To było fajne, jasne, ale jednak Joanna była wtedy sama. „Byłam bardzo, bardzo wkurzona i do dziś jestem w ogóle strasznie wkurzona, że wszędzie covid! A są też inne choroby. Ja dostałam rykoszetem, nie raz, i nie tylko ja. Ostatnio byłam na dwóch pogrzebach osób z mojego pokolenia, które umarły na raka. Też za późno wykryte No nie tak powinno to wyglądać we współczesnym świecie”.

Pandemia i choroba sprawiły, że działała zadaniowo. Nauczyła się też wielu rzeczy, np. jeździć samochodem, bo stwierdziła, że to się jej przyda. W pracy funkcjonuje inaczej niż wcześniej, robi wszystko od razu nic nie odkłada na później, trochę może jak robot. To akurat może nie jest fajne.

Pytam czy Joanna myślała o byłych relacjach. Tak, myślała, o swoim małżeństwie. „I w tym jest jakiś paradoks, bo z jednej mówię, że byłam sama, te wieczory i tak dalej, ale z drugiej strony wiem, że gdybym nie przeszła wcześniej rozwodu, gdybym była w tej chorobie i w pandemii razem z ówczesnym mężem to bym chyba zwariowała i byłoby jeszcze gorzej. Autentycznie, przysięgam, że zastanawiam się, czy ja bym przeszła w ogóle tę chorobę, czy wpadłabym przy nim depresję. Ale to nie dlatego, że ja teraz twierdzę, że to był zły człowiek. Szanuję mojego byłego męża po prostu jako człowieka. Ale to nie był to człowiek dla mnie”.

Czy Joanna szuka teraz innych wartości w drugim człowieku? Raczej nie. Ale wie, że nie byłaby w stanie być z kimś, kto by panikował. „Jak się coś dzieje to zastanawiamy się, robimy plan, działamy. Ale nie panikujemy. Zdarza mi się, że panikuję i sama się na tym łapię i sama chcę sobie dać po łapach za to, ale nie zniosłabym tego u mężczyzny. Jeżeli nie pomaga, to niech chociaż nie przeszkadza” – mówi ze śmiechem.

Zazdrość? U Joanny to są raczej momenty, gdy pomyśli, że fajnie mają na przykład te dziewczyny, którym zepsuje się samochód i one zadzwonią po tego swojego faceta. Albo facet doradzi im co robić. Takie praktyczne, przyziemne rzeczy bardziej.

Miała Joanna takie pomysły, że jak przyjdzie moment, że będzie się czuła już dobrze w swoim ciele to faktycznie będzie bardziej wychodzić do ludzi, bardziej się uśmiechać, bardziej rozmawiać. Nawet zaczęła trochę ten plan realizować. „O Boże, ja nawet mam profil randkowy” zdradza ze śmiechem. Chociaż uważa, że to i tak nie działa. „Możesz uśmiechać się, na imprezie możesz nawet dać facetowi swój numer telefonu, w sensie jak on o niego poprosi, ale on później i tak nie zadzwoni. Już nauczyłam się tego, że no, cholera, nie znajdzie się, no nie ma ich. Po prostu ich nie ma!” podsumowuje Joanna trochę ze śmiechem, a trochę z rezygnacją w głosie.

Patrząc na Joannę widzi się szczęśliwą kobietę, po której nie widać z czym musiała się zmierzyć i która po prostu docenia to, z czego może korzystać jako singielka. I nie ma tych problemów co niektórzy ludzie w związkach. Gdy wypowiadam te słowa na głos, potwierdza. Po czym dodaje: „Aczkolwiek tak jak już ci mówiłam chcę sobie przygarnąć psa. A to też chyba świadczy o tym, że jednak ile bym się nie oszukiwała no to jednak czegoś mi tam brakuje, jakiegoś towarzystwa”.

Singiel do reportażu poszukiwany

Kiedy pojawił się w głowie pomysł, żeby pisać o singlach w pandemii, miał to być tekst o singlach i singielkach. Ania i Joanna otworzyły przede mną swoje życie i podzieliły się pandemicznymi przemyśleniami. Nadszedł czas na singli – panów. Nie przewidywałam problemów w znalezieniu chętnych do rozmowy. Mój błąd. Jeden pan powiedział, że to temat zbyt osobisty, mimo tego, iż mógł się wypowiadać anonimowo, a nawet zmienić imię. Drugi pan po prostu nie był zainteresowany. Trzeci pan nie odpowiedział wprost, że nie, ale przywołał rozporządzenie polskiego rządu, że pandemia nie została odwołana, a ja tu chcę rozmawiać o życiu singli w pandemii. A to nie czas przeszły – tak rzekł pan radca prawny. Nie mogłam tak łatwo odpuścić. Plan B zakładał znalezienie osoby płci męskiej na jednej z grup dla singli w mediach społecznościowych. Gdy po kilku dniach nie było odzewu, przyszedł czas na plan C. Założyłam sobie konto na Tinderze – w końcu, gdzie szukać singli jak nie w aplikacji randkowej? Napisałam, że piszę reportaż i tylko takie rozmowy mnie interesują. Dostałam wiele różnych wiadomości i propozycji od panów (z tego byłby materiał na osobny reportaż), ale nikt nie chciał zostać bohaterem reportażu.

Gdy już tracę nadzieję, że jakiś pan będzie chciał ze mną porozmawiać o życiu singla, odzywa się Jakub. Umawiamy się na rozmowę tego samego dnia. Jemu się do tego nie przyznam, ale boję się, że się rozmyśli. Do samego końca się tego obawiam. Nie rozmyśla się, jest.

Pandemia zastaje Jakuba na kontrakcie w Szwajcarii. Jest wtedy w związku, a jego druga połowa w Polsce. Widują się co jakiś czas. Covid zmusza go do powrotu. A nawet nie sam wirus, a Szwajcarzy. „Uznali, że pandemię przynieśli obcokrajowcy i zarażają Szwajcarów. Trzeba się więc ich pozbyć” – opowiada Jakub. W Szwajcarii pracuje już od kilku lat. Ale z dnia na dzień zostaje bez pracy. Jak widać kierowników też można zwolnić od razu, bo covid. Wraca do Polski, a po tygodniu Szwajcarzy dzwonią, że się pospieszyli, że to wcale nie tak. Chcą, żeby wrócił. Zostaje jeszcze tydzień w Polsce po czym wraca na kilka miesięcy do Szwajcarii dokończyć kontrakt, którego jest kierownikiem. Z wykształcenia jest inżynierem elektrykiem, a praca jest ciekawa. Ale już wtedy pojawiają się pierwsze nieporozumienia między nim a partnerką i dotyczą właśnie pandemii. „Ja byłem bardzo zafiksowany na przestrzeganie tych wszystkich obostrzeń. Z mojego bliskiego otoczenia zmarło kilka bliskich osób, mam też trochę starszych rodziców, a pierwsze odmiany koronawirusa były jednak bardziej niebezpieczne niż te najnowsze. Dlatego starałem się nosić maski, dezynfekować ręce, unikać zagrożeń, przez które mogliby ucierpieć moi bliscy.” Partnerka Jakub pochodziła z mniejszej miejscowości i non stop jeździła na jakieś urodziny, chrzciny, roczki – imprezy na 40 – 50 osób. „Narzekała na te obostrzenia, że trzeba się chować po piwnicach. Mówiła, że skoro rodzina chce się spotkać, to w czym problem? O to były dosyć duże kłótnie między nami, uważałem to za oznakę głupoty. Pandemia i sytuacja z tym związana obnażyła to, czego nie zauważyłem przez te wszystkie lata, że rozjeżdżamy się, bo myślimy trochę na innych poziomach”. Szybko okazuje się, że różnic między nimi jest więcej, takich związanych właśnie z życiem, z codziennością. Wszystko zaczyna się sypać.

Decyzja o rozstaniu dojrzewała w Jakubie, dlatego jak już się to stało, był pewny, że się nie dogadają. „Bo nie ma sensu brnąć w coś i wkurzać się od rana do wieczora o decyzje, które ktoś podejmuje albo o rzeczy, których zaniecha” – wspomina.

„Są pewnie single, którzy chcą być sami, jest im po prostu dobrze z samym sobą i nie szukają nikogo specjalnie. Ewentualnie jakieś przelotne romanse w ramach atrakcji, urozmaicenia. I jest też druga grupa – osoby, które znalazły się w tym stanie singlowskim z jakichś tam przyczyn, ale raczej dążą do tego, żeby się z kimś sparować” tak o singlach myśli Jakub. Sam należy do tej drugiej grupy, choć na początku po rozstaniu czuje po prostu ulgę. Bardziej angażuje się w pracę – jest teraz kierownikiem w fabryce mebli, gdzie ważna jest wydajność. Nawet przełożony zauważa wyższą wydajność po rozstaniu. „Czyli on by cię nie zachęcał do nowego związku?” – pytam trochę przekornie, dla rozluźnienia atmosfery. Jakub opowiada szczerze o swoim życiu. Chyba nie jest to łatwe, tak zwierzać się obcej osobie. Moje pytanie działa. Potwierdza moje podejrzenia co do szefa, śmieje się. Łapie oddech i opowiada dalej. Po rozstaniu żyje dalej spokojnie. Pracy poświęca się w 100 %, zostawia sobie jakiś tam margines dla rodziny, przyjaciół czy na pasje. Nie brakuje mu nikogo.

Głęboko w to wierzy. Do czasu. W pracy pojawia się nowa koleżanka. „Przewartościowało się wszystko” – wspomina Jakub. – „Na pierwszym miejscu jak wcześniej miałem pracę, teraz wysunęła się ona. Wszystko zaczęło się kręcić wokół niej”. Czy zwraca uwagę na coś nowego niż w przypadku poprzedniej relacji? Na pewno na stosunek do pandemii i obostrzeń. „Ona też była bardzo hermetyczna, zwłaszcza że pandemia też dała jej popalić. Samotnie wychowuje dziecko, więc co chwila była na kwarantannie właśnie przez syna”. Uczucie się rozwijało, choć unikali dużych skupisk, kino czy imprezę odkładali na bezpieczniejsze czasy. Jednak to właśnie na Tinderze zaczynamy ze sobą rozmawiać. Co się zmieniło? „Rozstaliśmy się jakieś 1,5 miesiąca temu” przyznaje Jakub.

Pytam co będzie jak przyjdzie kolejna pandemia, czy wtedy będzie chciał być z kimś? Jakub dobrze się czuje w swoim towarzystwie. Zawsze był introwertykiem, chodził swoimi ścieżkami. Jeżeli pojawi się ktoś na horyzoncie, to niezależnie od pandemii będzie można się poznać.

Kto miał sobie dać radę jak nie singiel?

Na szczęście Jakub nie okazał się jedynym mężczyzną chętnym do rozmowy. Czyli aplikacje randkowe może nie takie złe i można też poznać tam wartościowe osoby, które nie skupiają się tylko na zdjęciach?

Według Mateusza singiel to osoba wolna, która nie jest stałym związku. On jest singlem z wyboru. Szczęśliwym singlem. Fajnie by było być z kimś, na tym portalu zresztą też jest po to, by znaleźć tę drugą osobę. Dla osób, które też są singlami jest to normalne, że można żyć samemu. Ale ci, którzy mają rodziny i dzieci czasem się dziwią, że tak można, nie rozumieją tego.

Jak wyglądało jego życie w czasie pandemii? „Moje życie się za bardzo nie zmieniło, bo cały czas pracowałem. Mam taką pracę, że i tak musiałem ją wykonywać – zarządzam nieruchomościami, nawet chyba więcej wtedy tego było. Więc jak zaczęła się pandemia to wszyscy siedzieli w domach, ale ja musiałam dopilnować by to wszystko działało. Więc praca właściwie się nie zmieniła, bardziej wszystkie wyjścia, bo wiele miejsc był pozamykanych”. Sam starał się spędzać czas na zewnątrz, aktywnie. I nadal próbował podróżować, gdzie tylko mógł. A singlem został dwa tygodnie przed pandemią.

Na początku było ok. „Ale potem przyszła taka chwila, kiedy spędziłem święta sam. Pierwszy raz nie pojechałem do rodziny, bo to był kwiecień, święta tak jak teraz wielkanocne. Spędziłem je sam. I wtedy pomyślałem jak to źle samemu, że może jednak trzeba znaleźć tę drugą osobę, trzeba jej szukać. Ale też nic na siłę” – wspomina Mateusz. Minęły prawie dwa lata, był w jednej dłuższej relacji. Teraz jestem szczęśliwym singlem. Mimo tej pandemii i różnych rzeczy. Jak kogoś znajdzie, to fajnie, ale nie za wszelką cenę.

Ciekawi mnie czy mężczyźni też robią w myślach „przegląd” byłych relacji i zastanawiają się jak to by było gdyby jakiś związek się nie skończył. Mateusz przyznaje, że było coś takiego jeżeli chodzi właśnie o ostatni związek, który się rozpadł. Nawet rozmawiali z byłą partnerką czy może ze względu na pandemię nie wrócić do siebie – inni decydowali się wtedy na wspólne zamieszkanie, a oni się rozstali. Nawet ze względów praktycznych, dla bezpieczeństwa, gdyby coś się komuś stało w domu, może lepiej by było jednak wrócić do siebie. Ale jednak ten pomysł nie doczekał się realizacji.

Mateusz poruszył ważny temat pytam więc czy się bał czegoś w czasie pandemii. Przyznaje, że nie. Jest przyzwyczajony, że wiele rzeczy robi sam w życiu – pływa na żaglach czy nawet w las sam jedzie rowerem. Śmieje się, że jakby mu coś się stało to może ktoś by po GPSie kiedyś znalazł. Też się uśmiecham. Jest w nim jakiś optymizm. W kolejnym już zresztą rozmówcy.

Może pandemia sprawiła, że dorzucił coś do „pakietu podstawowego” wartości, cech, których szuka u partnerki? Mateusz wiedział i wie co jest dla niego ważne, rewolucji w poszukiwanych wartościach tu też nie ma. (Pytam o to każdego, ale odpowiedzi są tak podobne, jakby się wszyscy umówili). Ale teraz patrzy, żeby mieć jednak wspólne pasje, robić coś razem. Szczególnie jakby znów wszystkich i wszystko zamknęli. Wcześniej na to nie zwracał aż takiej uwagi. Jak był lockdown mógł być na żaglach, bo tego nie zabraniano, albo pojeździć rowerem po lesie, no to fajne byłoby to robić razem. Ale nie zawsze to tak wychodzi.

Uwielbia podróżować. W pandemii zaczął bardzo dużo podróżować samemu i czuł się z tym bardzo dobrze. Wcześniej tego nie robił, więc to takie pandemiczne odkrycie. Ale nie oznacza to, że nie chciałby podróżować z kimś.

Zauważa, że nawet relacje w aplikacji randkowej się zmieniły. Mateusz stara się nie pisać z nikim długo, woli się spotkać na żywo lub chociaż porozmawiać przez telefon. Ale inni (a raczej inne) odkładają ten moment spotkania na żywo. W czasie pandemii wszyscy byli pozamykani i niektórzy są jeszcze w szoku. Wychodzą, spotykają się z innymi, ale tak jeszcze nie do końca. On zdecydowanie woli wychodzić do ludzi.

Plany na „po pandemii”? Podróże na pewno. Teraz skupia się na kwestiach „technicznych” – czy będzie trzeba przyjąć kolejną dawkę szczepionki, żeby podróżować. Sam się zaszczepił, przechorował też covid dwukrotnie, ale pozytywne nastawienie do życia jest.

Pytam jeszcze czy uważa, że singlom było łatwiej przeżyć pandemię. Odpowiedź pada od razu: „Single muszą sobie same radzić. Kto miał sobie dać radę jak nie singiel?”. Nie mam więcej pytań.

I to nie może być na siłę

Nie planowałam już kolejnej rozmowy z żadnym singlem. Ale odezwał się Filip. Jedyny facet po 40tce, który chciał się podzielić swoją historią. Ciekawiło mnie czy jego opowieść jest inna. Czy 42latek inaczej patrzy na pandemię i zło (a może dobro?) które przyniosła. Filip jest z tzw. branży kreatywnej – jest muzykiem i producentem filmowym. Zgadza się bez problemu na nagranie rozmowy. Jedynie prosi o zmianę imienia i niepublikowanie niektórych historii, którymi się ze mną dzieli. Bo jej bohaterowie mogliby tego nie chcieć. Oczywiście zgadzam się na te warunki. Ważna jest dla mnie szczera opowieść, a nie imię bohatera. Myślę, że czytający ten tekst myśli podobnie.

Filip spędził czas pandemii jako singiel, ale przeżył ten czas dobrze. Przyznaje, że jego sytuacja materialna była na tyle ok, że mógł sobie pozwolić na to, żeby po prostu przeczekać ten czas i dać sobie odpocząć. Życie przed pandemią było tak intensywne, a odpoczynku potrzebował od bardzo długiego czasu. Więc postanowił się nie buntować. Dużo w tym czasie analizował co się dzieje u niego i w świecie. „Wiesz, mam takie przemyślenie, że ten czas bardzo uruchomił kreatywność w ludziach. Bo jednak w tym biegu myśmy się tak zapędzili, że każdy z nas zapomniał już na czym polega życie. Myśleliśmy, że życie sprowadza się po prostu do takiego przyziemnego schematu – praca, zarabianie pieniędzy. Gonitwa za tą kasą. Nagle, jak się to życie zatrzymało i ludzie zostali zmuszeni do tego, żeby siedzieć w tym domu to okazało się, że każdy ma w sobie takie pokłady kreatywności! Odświeżają jakieś swoje dawno odłożone na bok pasje, niektórzy zaczęli malować, niektórzy zaczęli się spełniać w jakiś tam inny sposób, i to było super. Ja przez czas pandemii odebrałem tyle telefonów od ludzi, tak po prostu, żeby pogadać, takie niezobowiązujące. Co normalnie nie zdarzyłoby się przez rok. Nagle ludzie zapragnęli kontaktu i zrozumieli, że tak naprawdę największą wartością są relacje międzyludzkie. Ja myślałem, że to się utrzyma na trochę dłużej, ale niestety wychodzi na to, że chyba nie”.

Kiedy pandemia wtargnęła w nasze życia, Filip był po dość burzliwym rozstaniu z dziewczyną, która miała borderline (przyp red.: choroba dwubiegunowa). Jak mówi: „Byłem mocno poturbowany. Dlatego tym bardziej ten czas mi dobrze zrobił, mogłem sobie po prostu odpocząć i dać sobie luzu”. Czyli nie brakowało ci tej drugiej osoby? – dopytuję. „No wiesz co, zawsze jest tak, że jak człowiek jest sam, to jest naturalna potrzeba człowieka, żeby mieć po prostu przy sobie kogoś, żeby mieć się do kogo odezwać, przytulić się i tak dalej. To są normalne rzeczy. Zawsze jest ich brak. Ale to był akurat taki czas kiedy trzeba odchorować. Więc nie, nie brakowało mi. Ale wiesz co, nawet gdyby nie to, że byłem tak poturbowany po tej relacji to myślę, że wtedy nie odczuwałbym takiej desperackiej potrzeby bycia z kimś koniecznie. Bo uważam, że jeśli to ma przyjść to musi to być normalne, w sensie takim, że ludzie muszą się dobrze ze sobą czuć. I to nie może być na siłę, nie na zasadzie desperacji, że muszę koniecznie, bo mam niezaspokojoną potrzebę. Lepiej być samemu niż tkwić w związku z przymusu albo z jakiegoś takiego lęku właśnie przed samotnością”.

A powrót w myślach, a potem w życiu do byłych relacji? Nie. Filip przyznaje, że jest zdecydowany jeśli podejmuje takie decyzje. Jeśli dochodzi do rozstania to nie z błahych powodów. Uważa, że różnice zdań między ludźmi są normalne, bo każdy prowadzi inne życie, ma inne priorytety. Więc zawsze będą te starcia. Ale chodzi o to, żeby potrafić ze sobą z szacunkiem, nawet podniesionym tonem, ale jednak z szacunkiem rozmawiać i pokłócić się, ale w taki sposób, żeby to było właśnie z uszanowaniem dla drugiej strony. To nic złego dla związku. Ale jeśli pojawiają się kłótnie, gdzie jedna drugiej stronie chce po prostu dowalić i mówi coś tylko po to, żeby skrzywdzić drugą stronę, to dla Filipa jest pierwszy sygnał, że to jest koniec związku. „A jeśli wystąpiła taka rzecz to nie ma sensu wracać do tego, bo to się nigdy nie zmieni się na lepsze. Ludzie się nie zmieniają zwłaszcza już w tym wieku, w którym ja jestem. Każdy ma ukształtowaną osobowość i wchodzenie drugi raz do tej samej relacji zazwyczaj kończy się tym, że przez chwilę jest fajnie, a zaraz potem te stare problemy robią się jeszcze większe niż były” tak twierdzi Filip.

Nie mogę nie zapytać Filipa o wartości poszukiwane u potencjalnej partnerki. Pandemia coś zmieniła? „Te kwestie to mam sprecyzowane już od dawna i tu się wiele nie zmienia. No ja potrzebuję mieć po prostu dobrą i mądrą osobę przy sobie, to tyle. Miło by było przy tym jakby jeszcze fizycznie to wszystko działało, by mi się podobała (śmiech). Ale dla mnie są to główne takie wyznaczniki. Bo musimy się rozumieć i musimy być dobrzy dla siebie po prostu”.

Bohaterowie reportażu:

Monika – (imię zmienione) 39 lat, pracowniczka działu sprzedaży w korporacji w dużym mieście w Polsce

Joanna – 38 lat, specjalistka w dużej korporacji międzynarodowej

Jakub – 36 lat, inżynier elektryk, obecnie pracuje poza branżą

Mateusz – 39 lat, zarządca nieruchomościami

Filip – 42 lata, muzyk i producent filmowy

Comments

  1. B.B. says:

    Dziękuję 🙂 Świetnie się czytało. Jadę sobie pociągiem w poszukiwaniu śniegu, przeglądam ciekawe strony ( m.in.tę) i trafiłam na ten reportaż. Polecam do popołudniowej kawki 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *