O włoskim przeznaczeniu – rozmowa z Przemkiem Cichowlasem, znanym jako „Zakręcony włoski”

9 lipca 2023r.

la bloggerista: Masz ulubione włoskie słowo?

Przemek Cichowlas: Mam ich kilka. Uwielbiam słowo „altrimenti”, które znaczy “w przeciwnym razie”. Bardzo mi się podoba jego brzmienie. Drugie słowo to “spugna” – to z kolei kojarzy mi się z ksywą mojej znajomej.

Ja co prawda więcej rozumiem po włosku niż mówię – choć mam nadzieję, że wrócę do regularnej nauki – ale bardzo podoba mi się czasownik “chiacchierare”. Ma on w sobie jakąś nieopisaną energię, jest bardzo śpiewny i .. taki włoski.

Tak! Ciężko go przetłumaczyć na polski, bo to nie jest ani rozmawiać, ani też plotkować. Bardziej “pogaduszkowywać” (śmiech)

Podoba mi się to tłumaczenie (śmiech). A co tobie spodobało się we włoskim, że się tak w niego wkręciłeś? Była to jakaś konkretna sytuacja, czy może dłuższy proces? Nie wiem do końca dlaczego, ąle fascynują mnie takie początki językowych historii!

Moja historia z włoskim zaczęła się od.. nauki niemieckiego. Uczyłem się go w podstawówce – w Witnicy Chojeńskiej, gdzie mieszkałem, oraz w okolicach, był to jedyny dostępny język. Przyczyna dość logiczna – ta wieś leży ok. 20km od granicy z Niemcami. Język ten bardzo lubiłem, poznałem go bardzo dobrze, a dzięki bardzo inspirującej nauczycielce jeździliśmy do teatru na sztuki w języku niemieckiego do Schwedt. Potem jednak w gimnazjum znalazłem się w klasie z językiem angielskim, ale… z ludźmi, którzy uczyli się go przez całą podstawówkę. A jako drugi język miałem niemiecki, z tym, że … od podstaw!

Więc wszystko na odwrót! Dodatkowo część traktowała niemiecki jako język wroga i dość skutecznie zniechęcała innych do nauki. Przy wyborze liceum moim kryterium było, aby szkoła miała w ofercie język angielski plus drugi język, ale inny niż niemiecki, ponieważ nie chciałem trzeci raz zaczynać przygody z tym samym językiem. I tak zaczęła się moja przygoda z włoskim w I Liceum Ogólnokształcącym w Szczecinie. Podobał mi się budynek tego liceum, który nazywany jest polskim Hogwartem. Brzmienie języka zresztą też – żeby nie było (śmiech).

Czyli nie żartowałeś, wszystko zaczęło się od niemieckiego! Z kolei moja miłość do hiszpańskiego miała swój początek we francuskim. Podobało mi się brzmienie tego języka i chciałam się go uczyć właściwie od zawsze. Ale w liceum trafiłam do klasy z hiszpańskim. I przepadłam! To był zdecydowanie najlepszy przypadek w moim życiu!

U mnie to było bardziej stopniowo, bo na koniec I klasy w liceum miałem trójkę z włoskiego. Miałem dobre oceny ogólnie i starałem się o stypendium Prezesa Rady Ministrów. A moja nauczycielka włoskiego na to: “To trzeba było się więcej uczyć. Co mam ci powiedzieć, stać cię na więcej. U mnie masz trójkę i koniec, nie zmienię tej decyzji”. Te słowa pamiętam do dziś. Ale podziałały, bo przysiadłem w wakacje do włoskiego i na początku II klasy okazało się, że wyprzedziłem program.

Chciałeś pokazać nauczycielce, że się myliła?

Trochę tak, choć z drugiej strony miała rację, nie uczyłem się wystarczająco. Zdecydowałem się zdawać maturę z włoskiego i po II klasie wyjechałem na miesiąc na Uniwersytet dla Obcokrajowców do Kalabrii. To był mój pierwszy wyjazd do Włoch i wtedy też miłość do poznawania języka przeszła w miłość do kraju, to się wtedy połączyło. I ja już wtedy przepadłem (śmiech).

I po maturze zdecydowałeś się studiować italianistykę?

Nie, było całkowicie odwrotnie! Ja chciałem iść na studia, ale nie wiedziałem dokładnie na jakie, co chcę w życiu robić. W tym wieku to jest trudne i masz wrażenie, że decyzja, która podejmiesz będzie nieodwracalna, taka na zawsze.

Ja bardzo zazdrościłam koledze z liceum, który, odkąd go poznałam, wiedział, że chce iść na medycynę.

Ja widziałem, że będę w życiu robił coś związanego z włoskim, ale nie widziałem co i jak. Zresztą do tej pory nie wiem (śmiech). Po prostu działam i to mi się podoba. Więc moja włoska historia zaczęła się od jakiegoś dziwnego przypadku i przemieniła się w miłość.

Ale zostałeś nauczycielem francuskiego i włoskiego. Znów jakiś przypadek, czy może tym razem chłodna kalkulacja?

Trochę przypadek znowu. Po liceum włoski znałem już dość dobrze i zdecydowałem się kontynuować naukę prywatnie. Chciałem studiować francuski lub hiszpański – po dłuższym namyśle wybrałem filologię romańską, bo jednak francuski to taki język salonowy i bardziej mi odpowiadał. Ale i tak złożyłem papiery również na iberystykę – obydwa kierunki we Wrocławiu. Byłem pewien, że się dostanę, bo miałem dobre wyniki matury, więc pojechałem na wakacje. A jak wróciłem, okazało się, że się nie dostałem na żaden z kierunków. Później co prawda okazało się, że błędnie policzono punkty, ale terminy składania odwołań minęły, gdy ja sobie odpoczywałem. I tak zostałem studentem filologii romańskiej z dodatkowym językiem – włoskim na Uniwersytecie Szczecińskim!

Może tak po prostu miało być?

Chyba tak.. Przedtem odrzucałem tę uczelnię ze względu na niezbyt dobre opinie, ale w czasie studiów przekonałem się, że były one błędne. Wykładowcy w Szczecinie naprawdę kochają to, co robią. I świetnie wyszło, bo program studiów był dwujęzyczny i byłem dwukrotnie na Erasmusie (stypendium zagraniczne dla studentów, trwające przeważnie 1 semestr – przyp. red.) – w Pizie i w Bordeaux.

Czyli jednak wiele rzeczy dzieje się po coś… Pracowałeś też w przedszkolu. Czy to związane było z obowiązkowymi praktykami na studiach?

Zgadza się, trafiłem do przedszkola, ale już po studiach, po obronie. Nie miało to nic wspólnego z praktykami, choć wybrałem specjalizację nauczycielską. Moja przyjaciółka, która prowadziła przedszkole zaszła w ciążę i potrzebowała nie tyle osoby z dużym doświadczeniem, co osoby zaufanej do prowadzenia firmy. I tak zostałem dyrektorem prywatnej placówki przedszkolnej! Prowadziłem przedszkole przez 1,5 roku i oprócz wielu spraw administracyjnych i kadrowych zajmowałem się też dziećmi, gdy np. któraś z opiekunek była na urlopie. Prowadziłem też z dziećmi zajęcia z francuskiego i włoskiego, a także zastępowałem panią sprzątaczkę, gdy ona była na urlopie. Na początku to dziwiło niektórych rodziców, ale przecież to nie był żaden problem! Pomogło mi to również w pracy dyrektora, bo rozumiałem lepiej ich pracę i jakich sprzętów potrzebują, by efektywniej pracować. Poza tym nie lubię jak ocenia się kogoś pod kątem tego, co robi zawodowo w życiu.

Niejedno przedszkole chciałoby mieć takiego dyrektora!

Świetnie mi się tam pracowało, ale był to jednak bardziej epizod, bo wtedy już prowadziłem zajęcia z francuskiego i włoskiego w sądach.

A jak trafiłeś do szkoły?

Prowadziłem w I liceum – w tym, do którego sam chodziłem – zajęcia dla osób, które podchodziły do matury rozszerzonej z włoskiego. Pewnego dnia pani dyrektor zapytała, czy mam już papiery, żeby uczyć. W Polsce po licencjacie można uczyć w szkole podstawowej, a żeby uczyć w liceum trzeba mieć tytuł magistra. A ja kończyłem właśnie pierwszy rok studiów magisterskich. Pani dyrektor napisała więc do kuratorium, które wyraziło zgodę, że mogę prowadzić lekcje, pod warunkiem, że w ciągu roku faktycznie się obronię. To było dla mnie ogromne wyróżnienie pracować w tej szkole.

Ale pewnie byśmy teraz nie rozmawiali, gdyby nie twoja obecność w internecie, gdzie jesteś znany jako “Zakręcony włoski”. Co sprawiło, że zdecydowałeś się poszerzyć swoją działalność o rzeczywistość wirtualną?

Krótko mówiąc: pandemia. Musieliśmy wtedy razem z innymi nauczycielami radzić sobie sami, zanim dostaliśmy jakąś platformę do nauki z Ministerstwa. Zaczęło się od tego, że robiłem spotkania na żywo (czyli tzw. “lajwy”) na Facebooku. Ale nie za bardzo mi to odpowiadało, bo nie mogłem zweryfikować, kto był obecny, a kto nie.

Czyli prowadziłeś szkolne lekcje na Facebooku?

Tak, to były lekcje. Potem z Facebooka przenieśliśmy się na inne platformy, które też do końca nie zdały egzaminu. Problem był taki, że młodzież nie miała motywacji do nauki – zostali zamknięci w domach i to było dla nich wielkie wyzwanie wstać rano na 8 na lekcję z włoskiego. Ja kocham ten język i wkładam w jego nauczanie całe serce, ale próbowałem też zrozumieć uczniów, którzy traktowali mój przedmiot jak np. religię, w-f czy edukację dla bezpieczeństwa – fajnie, że jest, ale żeby czasem średniej nie popsuł. A ja z kolei chciałem moją miłość do języka włoskiego przekazać innym. I tak powstał profil na Instagramie “Zakręcony włoski”.

I ten pomysł nie powstał wcale z myślą o podbijaniu Polski włoskimi hitami (choć też można je tam znaleźć – m. in. wcielam się w postać Rominy Power). Publikowałem tam początkowo to co robiliśmy na lekcji. I nie po to, żeby kogoś czegoś tam nauczyć – od tego moi uczniowie mieli lekcje. Chciałem tam pokazać, że mam dystans do nauki, do siebie, do języka oraz to, że nauka to nie tylko podręcznik i może być zabawna. Chciałem ludzi rozkochać w tym języku i chyba się udało!

A czy dobrze myślę, że nazwa profilu wzięła się od twojej fryzury?

Nie chcę skłamać, ale nad tą nazwą myślałem ze znajomymi minimum 2 tygodnie!

Doskonale to rozumiem! To jest w końcu twoja marka osobista, twoje być albo nie być. Ja również dość długo myślałam zanim wpadłam na pomysł nazwy swojego bloga “la bloggerista”. Czy był dobry to inna sprawa (śmiech).

Pamiętam, że mieliśmy kartkę A4, a na niej 17 propozycji – dokładnie widzę jeszcze ten numer 17! I się wspólnie zastanawialiśmy nie tylko nad tym, która nazwa najlepiej będzie do mnie pasowała, ale też którą będzie najłatwiej zapamiętać. Ważne było oczywiście też to, żeby jeszcze nie istniała! Jestem bardzo pozytywnie zakręconym człowiekiem, stąd też nazwa “Zakręcony włoski”. No i do tego moje włosy, które są zakręcone od zawsze (śmiech).

Ze sposobu w jaki się wypowiadałeś na temat swojej pracy w liceum wnioskuję, że miałeś dobre relacje ze współpracownikami i z dyrekcją. Ale jak oni zareagowali na twoją obecność i rosnącą popularność w mediach społecznościowych?

Podchodzili do tego bardzo pozytywnie, nikt mi nie mówił, że to nie wypada. Jedynie w momencie jak przebierałem się za postacie kobiece, to niektórzy nauczyciele wykazywali troskę i zastanawiali się czy to mi czasem nie zaszkodzi – np. niektórzy rodzice mogli zareagować mniej pozytywnie. Czasem spotykam się z hejtem w sieci – pojawiają się komentarze, że nauczyciel tak nie powinien. Ja na to, że ja nie jestem nauczycielem. To jest mój wykonywany zawód. Ja jestem Przemek. Jeżeli to jest dla kogoś problem, to niech mnie nie nazywa nauczycielem, mój zawód to Przemek.

Ale chyba takie komentarze nie demotywują cię, gdyż publikujesz nowe treści?

Tak. Jesteśmy w przestrzeni publicznej, w przestrzeni social mediów. Jeżeli ktoś ogląda publikowany przeze mnie film, to ta osoba przyszła do mnie. Ja nikomu tych filmików nie wysyłam pocztą czy mailem, to jest ich wybór, żeby to oglądać. “Zakręcony włoski” to dla mnie forma rozrywki. Reklamy również, nie ukrywam tego. Dzięki temu profilowi trafiają do mnie nowi uczniowie na lekcje włoskiego. Ale też dostaję wiadomości z prośbą o przetłumaczenie czegoś na włoski – np. ktoś chce sobie zrobić włoski tatuaż i potrzebuje konsultacji językowej, albo dostałem też zapytanie o pomoc w wymyśleniu włoskiej nazwy dla firmy z branży beauty.

Czyli nigdy nie wiesz czego się spodziewać w wiadomościach.

Ostatnio dostałem wiadomość z Instagrama o weryfikacji mojego konta, mam więc już ten niebieski znaczek. To dla mnie bardzo ważne jako twórcy, bo dodaje mi wiary w to, co robię. Są bowiem momenty, gdy podważa się wartość i sens tego, co się tworzy, publikuje, a zajmuje to dużo czasu – nagranie filmiku, dodanie napisów w oddzielnym programie – to są godziny pracy. A to jest moje dodatkowe zajęcie. Często otrzymuję pytania: czy z działalności w internecie można wyżyć? Ale ja ani dnia z tego nie żyłem. Jestem nauczycielem, mam lekcje z uczniami on line i na żywo, sprzedaję ebooki na mojej stronie internetowej, za chwilę wydam książkę papierową – w ten sposób zarabiam. Ale też nie jestem hipokrytą. Nie ukrywam, że poświęcam ogromną część czasu na tworzenie treści na media społecznościowe i chciałbym na tym zarabiać, nawet bardzo. Ale na razie tak nie jest, miałem do tej pory jedną płatną współpracę.

Wspomniałeś o swojej pierwszej książce papierowej. Co się w niej znajdzie?

Trwają ostatnie prace z grafikiem, premiera jest planowana na sierpień. To największa inwestycja w moim życiu, wkładam w nią całe moje serce. Bardzo zależało mi, żeby wszystko wyglądało tak jak chciałem, dlatego nie zdecydowałem się na współpracę z żadnym dużym wydawnictwem. Poza tym stworzyłem gotowy produkt. Nazwa to “Przewodnik po języku włoskim. Karty pracy. Zakręcone materiały”. Mam nadzieję, że to będzie książka, która zrewolucjonizuje rynek. Tak zresztą myśli też moja redaktorka, która ma 40letnie doświadczenie w tej dziedzinie. Radziła mi również, żebym otworzył przewód doktorski i wystąpił o nadanie doktoratu, bo ta książka prezentuje zupełnie inne podejście merytoryczne do nauczania języka. Chciałem w niej zawrzeć to czego nie dostałem jako uczeń i czego mi brakuje jako nauczycielowi.

Często książki do nauki włoskiego dostępne w Polsce to nie są książki pisane dla Polaków, ale dla obcokrajowców. Nie ma w nich przyporządkowania do polskiej gramatyki, przez co nauka jest trudniejsza. Nauka będzie uzupełniana zabawnymi dialogami i sytuacjami, a ćwiczenia zostały stworzone w systemie powracającym. Robisz ćwiczenia z rodzajników, potem z czasowników, następnie z przymiotników i nagle masz znów ćwiczenia z rodzajników. I nie pozwolę ci o nich zapomnieć do końca książki. To jest książka, która pozwoli ci się rozwijać. Ucząc przez wiele lat słyszę od uczniów takie same pytania w tym samym momencie nauki – i te odpowiedzi będą się w książce pojawiać.

Czyli postanowiłeś wykorzystać to, że wiesz co siedzi w głowie uczniów?

Tak. Będę podpowiadać jak coś zapamiętać, jak sobie coś skojarzyć. A dokładniej będzie to robiła wykreowana włoska rodzina, która w odpowiednich momentach będzie się pojawiała na kartach książki. Wysyłka książki będzie dostępna na terenie Polski, dla osób z zagranicy pozostanie ebook – 2 są już dostępne, a trzeci niedługo się ukaże. Pierwszy nakład to 500 sztuk i to pokaże, czy książka będzie sukcesem.

Będę trzymała kciuki! Skoro uczysz języków też w sądzie, to planujesz też stworzyć materiały językowe, ale o konkretnej tematyce, np. prawniczej?

Mam już w głowie pewien projekt, ale tematyka będzie zupełnie inna. Będą to bajki dla dzieci po włosku, wymyślone przeze mnie z ilustracjami graficzki, która jest również mamą. To będzie po prostu szaleństwo! Ale najpierw chciałbym wydać swoje książki.

Książki w liczbie mnogiej? Czyli oprócz tej, o której rozmawialiśmy planujesz wydać kolejną?

Tak. Mam już gotowy poziom A2 i B1. To znaczy książki są już napisane, z tym, że … nie mają jeszcze wyglądu książek. Brakuje jeszcze oprawy graficznej, więc jeszcze sporo pracy.

Twój grafik jest bardzo napięty. A czy znajdujesz jeszcze czas na dokształcanie się?

Oglądam różne kanały na Youtube prowadzone przez Włochów i Francuzów i robię sobie różne notatki. No i praca w sądzie – ona daje mi niesamowity rozwój. Do tego jestem też tłumaczem.

Pisemnym czy ustnym?

Jeżeli ktoś mi bliski potrzebuje tłumaczenia pisemnego, to się tego podejmę. Ale generalnie zajmuję się tłumaczeniami konsekutywnymi przy makijażu permanentnym brwi. Do Szczecina, do salonu mojej znajomej przyjeżdżają Włoszki i Francuzki na 10 godzinne szkolenie, które tłumaczę.

Rzeczywiście, rozwijasz się wszechstronnie. Trzeba też czasem naładować akumulatory. Masz swoje ulubione miejsce we Włoszech, gdzie lubisz wracać? Czy wolisz odkrywać nowe miejsca?

Odkrywać nowe miejsca bardzo lubię, ale kocham Toskanię. Tam mieszkałem i jest tam dużo włoskości. No i Sycylia. Uwielbiam!

A myślisz o tym, żeby zamieszkać na stałe we Włoszech?

Nie. Generalnie uważam, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma (śmiech). Włochy kocham całym sercem. Ten kraj ma wiele do zaoferowania – od architektury, przez kulturę, po piękny język, kuchnię, zwyczaje żywieniowe, związane nie tylko z jedzeniem, ale również z piciem. Ale jednocześnie jestem dumnym Polakiem. Tutaj mam rodzinę i przyjaciół. Chciałbym mieć miejsce, gdzie będę mieszkał we Włoszech i miejsce, gdzie będę mieszkał w Polsce. I będę mógł swobodnie jeździć i spędzać czas tu i tam. Plan na życie jest taki: jesień, zima – Włochy, wiosna, lato – Polska.

Życzę ci zatem, żeby udało się go wprowadzić w życie.

Comments

  1. Kasia says:

    Ciao Ola, dziękuję za bardzo interesujący wywiad, który czyta się z przyjemnością i skłania do przemyśleń. Przemek jest bardzo energiczną i pozytywną osobą która zachęca do nauki języka włoskiego w wesoły sposób. Moje doświadczenia z j. włoskim w odróżnieniu od Przemka zaczęły się od praktyki co było z jednej strony trudne ale i również bardzo ciekawe, ponieważ pozwoliły mi poznać kulturę włoską od “kuchni”. Prawdopobnie jest takie powiedzenie że ucząc się nowego języka dostajemy drugie życie 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *