
„Here. Poza czasem” to jeden z tych filmów, do którego obejrzenia zachęcił mnie trailer. Robert Zemeckis po jednej stronie kamery, a po drugiej sprawdzony duet – Tom Hanks i Robin Wright – czyli dream team z „Forresta Gumpa” (film z 1994r.). Jak to było? Dobrego składu się przecież nie zmienia? Otóż: to zależy.
Generalnie pomysł na film ciekawy – przedstawić losy wielu (a nawet bardzo wielu) bohaterów jak opowieść…. domu (a nawet pokoju), w którym mieszkali. Ba, przedstawić losy wielu pokoleń nawet z okresu. gdy ten dom jeszcze nie powstał. Opowieści o życiu bohaterów filmu przenikają się w sposób płynny jeżeli chodzi o techniczną stronę tego filmu. Jednak po którejś „rundzie”, gdy poznajemy fragmenty z życia kilku rodzin zadajemy sobie pytanie (a przynajmniej ja sobie takie zadałam siedząc w sali kinowej): „Ok, ale co dalej? Kiedy zacznie się jakaś akcja?”. Może to kwestia moich osobistych oczekiwań jako widza, ale liczyłam na więcej zwrotów akcji, jakiejś… ciekawej historii. A tymczasem były to owszem, poprawne opowieści, z kilkoma zabawnymi dialogami, dobra, naturalna gra aktorska, ale … bez zaskakującej fabuły. W konsekwencji czego film był dość … nudny przez większą jego część. Aż do momentu, gdy dochodzimy do sytuacji, gdy bohaterowie zaczynają się starzeć, chorować, żałować różnych decyzji w życiu i odchodzić. Wtedy film robi się przygnębiający i smutny. I zostawia nas z myślą, że karma nie zawsze wraca i nawet jeżeli poświęcimy swoje szczęście dla kogoś to los może nam tego nigdy nie wynagrodzić.
Film Roberta Zemeckisa „Here. Poza czasem” reklamowany jest jako film o miłości, stracie i nadzieji. Miłośc i strata są obecne, nadziei niestety nie odnalazłam.
A wiecie co najbardziej zapamiętam z tego filmu? Okno z wykuszem, czyli taką specyficzną wnęką i niskim parapetem, na którym można sobie usiąść i podziwiać widoki za oknem. Trochę mało jak na ponad 1,5 godzinny film, nieprawdaż?