„Biedne istoty”

fot. plakat

Mieliście kiedyś wrażenie, czytając recenzję filmu, że piszący ją oglądali zupełnie inny film niż wy? Tak właśnie się czułam po wyjściu z kina (a nawet jeszcze w czasie trwania filmu – choć wiadomo, nadzieja umiera ostatnia) po obejrzeniu „Biednych istot”, w reżyserii Yórgosa Lánthimosa .

Przed pójściem do kina lubię znać jedynie ogólny zarys fabuły. Zbyt szczegółowe recenzje zabijają przyjemność seansu – iść jedynie po to, by odhaczać punkty poruszane przez recenzenta? To dla mnie mija się z celem.

Ale bywa, że ogólny zarys fabuły i trailer to za mało i okazuje się, że jednak wskazana byłaby większa wiedza na temat szczegółów filmu. Tak było w przypadku moim i „Biednych istot”. Zachęcona trailerem, obecnością Emmy Stone i Marka Ruffalo (którego dawno nie widziałam na dużym ekranie) wybrałam się na ten film o „ekscentrycznym naukowcu, który przywraca do życia młodą kobietę”. Cóż mogło pójść nie tak? Wszystko.

Przywracanie do życia młodej kobiety, czy nawet „ożywienie lalki” – na taki opis też natrafiłam – to duże niedomówienie. Dlaczego? Ekscentryczny naukowiec owszem, „przywraca do życia młodą kobietę”, ale ta kobieta będąc w zaawansowanej ciąży, zdecydowała się zakończyć swoje życie skacząc z mostu. A rzeczony naukowiec przywrócił ją do życia wyjmując mózg jej nienarodzonego dziecka i umiejscawiając go w miejsce jej mózgu. Jest tu jakaś różnica? Według mnie tak, i to ogromna.

Nie chodzi o to, że nie jestem otwarta na sztukę, wolność wypowiedzi, ekspresji itd. Jednak są takie sytuacje, gdzie uważam, że jesteśmy o krok za daleko. Tak było w przypadku „Biednych istot”. Podobnie się czułam oglądając „Skórę, w której żyję” z Antonio Banderasem w roli głównej czy wcześniej „Porozmawiaj z nią” – oba w reżyserii Pedro Almodóvara. Jak dla mnie wszystkie te filmy przekraczały pewną granicę etyczną, a zarazem towarzyszyły im zachwyty nad geniuszem reżysera i twórców, recenzje o „nowatorskim spojrzeniu”. Tu się zgodzę, były to artystycznie zabiegi innowacyjne, ale czy naprawdę tylko o to chodzi w kinie?

Drugi aspekt, z którym się nie zgadzam to opinie o feminizmie w „Biednych istotach”, gdzie Bella, główna „ożywiona” bohaterka nie wstydzi się własnych myśli, wyrażania swego zdania oraz własnego ciała. Mówienie o seksie przychodzi jej bez problemu, podobnie jak reżyserowi pokazywanie szczegółowych scen przygód Belli w burdelu, do którego trafiła w czasie swoich podróży. Serio? W XXI wieku będziemy mierzyć wartość, odwagę i równouprawnienie kobiet nagością i ilością scen seksu w filmie z ich udziałem? Swoją drogą, zawsze wydawało mi się, że lepszy efekt można osiągnąć działając na wyobraźnię widza, niż pokazując mu wszystko i nie zostawiając miejsca na pracę jego szarych komórek. Kiedyś czytałam wywiad z aktorem, który wspominał, że zawsze, gdy ma wystąpić nago – w teatrze, czy przed kamerą, musi wiedzieć dlaczego. Co takie sceny mają wnieść do całości. Też się nad tym zastanawiałam co reżyser chciał osiągnąć, oprócz tego, że wszyscy mówią o tym jak odważny jest ten film.

Nie uważam się za wielką znawczynię kina, choć staram się oglądać wiele różnorodnych produkcji. I za każdym razem naprawdę cieszę się, gdy film mnie zaskakuje, choć jakąś jego częścią – scenariuszem, muzyką, zwrotem akcji, albo że umożliwia mi poznać utalentowanego aktora. Ale w tym przypadku pozytywnego zaskoczenia nie było.

I tak dla jasności – gdyby główną bohaterką nie była Bella, ale facet, Bell na przykład, i to jemu by przeszczepiono mózg dziecka i w Paryżu zarabiałby pracując w domu publicznym, moja opinia na temat koncepcji filmu byłaby taka sama.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *