Jeżeli musiałabym nadać status mojej relacji z językiem francuskim, byłoby to „to skomplikowane”.
Zaczęło się od jednostronnej miłości z mojej strony już w dzieciństwie (piosenek Mireille Mathieu mogłam słuchać na okrągło!). Właściwą naukę języka rozpoczęłam na studiach. Wybrałam język Balzaka jako lektorat, by po 2 latach zdać egzaminy wstępne i zacząć studiować francuski! Tu jednak codzienne pobudki o 5 i nauka literatury francuskiej średniowiecza w oryginale trochę mnie przerosła i niewyspana, po zdanej sesji, zrezygnowałam z tych studiów. Miłość jednak trwała nadal, spotykaliśmy się na przeróżnych zajęciach i było naprawdę fajnie.
Pierwszy kryzys przyszedł dość niespodziewanie – praca z francuskojęzycznymi klientami sprawiła, iż zaczęłam się zastanawiać czy ten związek ma sens? Szansą na uratowanie relacji był wyjazd do Paryża. Niestety, nie mogliśmy się ze sobą dogadać – może gdyby jego francuscy znajomi nie odpowiadali mi po angielsku byłoby inaczej? Albo zamiast szwendać się po uliczkach, tak jak ja to lubię, ulewa dosłownie uwięziła nas w Galerii LaFayette (umówmy się, nie jest to typ galerii jaki dodam do ulubionych). Po wylądowaniu w Polsce nasze drogi właściwie się rozeszły.
Gdyńska „Francja elegancja”
Ostatnio jednak dopadły mnie myśli: „Czy na pewno było tak źle?”, „Czy mogłam się bardziej starać?”. Zresztą sami wiecie jakie myśli krążą w głowie w takich sytuacjach. Rozchwiało mnie to emocjonalnie. Jakby tego było mało, w gdyńskim Teatrze Muzycznym pojawiło się wolne miejsce w I rzędzie na spektakl „Francja elegancja” (już kiedyś pisałam, że jestem dość wybredną widzką – dla mnie liczą się jedynie pierwsze rzędy, w przeciwnym razie szukam innego terminu spektaklu). Takich znaków nie można ignorować! Ok, prawdą jest, że gdyby to był inny teatr i może gdybym nie widziała wcześniej na scenie Mateusza Deskiewicza (który śpiewa francuskie przeboje w tym spektaklu), zawahałabym się. A tak – nie było innej opcji.
Niby człowiek wie, czego się spodziewać, a jednak go coś zaskoczy. Niespodzianki było jednak tylko na plus. Repertuar bardzo zróżnicowany – od piosenek nostalgicznych do energicznych, kiedy to żałowałam, że nie ma na sali parkietu dla publiczności, bo ciężko było usiedzieć przy tak wspaniałej muzyce! Na moje szczęście piosenki były wykonywane w dwóch językach. Wersje polskie były oczywiście bardzo ciekawe, ale jednak z racji mojej dziecięcej miłości do języka, cudownie było usłyszeć je w wersji oryginalnej. A mówić i czytać po francusku z taką dykcją jak Mateusz Deskiewicz je śpiewał, ja chyba nigdy nie będę : ) To nie był koncert muzyki francuskiej, lecz spektakl historii, emocji i wspomnień, nawet tych zapomnianych. Przypomniała mi się moja wizyta w Paryżu i to jak postanowiłam wrócić do hotelu ulicą równoległą do głównej, a tam był już inny Paryż, nie taki wcale bezpieczny i elegancki. I.. szybko na tą główną ulicę wróciłam.

fot.
Poza tym towarzyszyła mi niesamowita radość za każdym razem, gdy wyłapywałam (ze zrozumieniem!) frazy w języku francuskim. A nawet wyszłam z teatru bogatsza o nowe słownictwo (no o wróbelkach się przez tyle lat nie miałam okazji uczyć).
Wspaniałym dopełnieniem wokalu Mateusza Deskiewicza był band, składający się z wirtuoza fortepianu, kontrabasu i perkusji. Podsumowując – niesamowity spektakl pasji i profesjonalizmu. Panowie – chapeau bas!
Wiem, że to zabrzmi banalnie, ale ponownie wyszłam z tego teatru z uczuciem, że jestem lepszym człowiekiem. A przecież nic przez ten czas nie zrobiłam, poza podziwianiem talentu aktorsko – muzycznego występujących. To jest chyba właśnie magia teatru, którą odkrywam przy każdej wizycie w nim i której nigdy nie będę chyba miała dość!
A „efekt uboczny” jest taki, że wyciągnęłam swój podręcznik do francuskiego, do którego nie zaglądałam …. naście lat! Chodzi mi po głowie też sprawdzenie co pamiętam z gry na keybordzie. Gdyby tylko doba trwała więcej niż 24 godziny… Także uważajcie – wizyta w gdyńskim Teatrze Muzycznym może mieć swoje konsekwencje.. : )
Comments