
Kiedy zobaczyłam trailer filmu „Better Man. Niesamowity Robbie Williams”, a w nim Robbiego Williamsa jako …. człowieka z twarzą małpy, pomyślałam: „Serio???!”. Nie ukrywam, muzyka Take That & Robbiego solo towarzyszyła mi w życiu (choć bardziej w tle), więc film wydawał mi się ciekawą opcją na wizytę w kinie. Ale ponad 2 godziny w kinie.. z małpą?
Ale w tym samym trailerze padły również te słowa (z ust osoby wcielającej się w menadżera Take That): „Pomyślcie że za 5 lat będziemy się wszyscy nienawidzić. Ale będziemy bardzo bogaci”. I wtedy pomyślałam: to nie będzie cukierkowy film. Idę, nawet jeżeli będę musiała dwie godziny oglądać małpę.
Zacznę ten tekst od mini spoilera: warto było! Reżyser Michael Gracey trafił swoją wizją filmową w dziesiątkę! Koniec spoilera 🙂
Film niesamowicie dynamiczny i wciągający właściwie od pierwszych minut. Historia Robercie, który nagle staje się stał się Robbiem, opowiedziana jest z dystansem, humorem, a czasem smutkiem i nostalgią. To chyba największy atut tego filmu – nie jest to stawianie pomnika Williamsowi czy opowiadanie jak niesamowite było jego życie (choć polski podtytuł filmu brzmi: „Niesamowity Robbie Williams”, i jest to jedyny taki dodatek do tytułu spośród wszystkich krajów, gdzie film miał swoją premierę). To raczej opowieść o marzeniach oraz ich spełnianiu. A jednocześnie o pozorach, o tym, jak często jedynie wydajemy się być szczęśliwymi, a wewnątrz nie potrafimy się uwolnić od słów czy opinii na nasz temat zasłyszanych jeszcze w dzieciństwie. A nie każdy ma takiego anioła stróża jakim dla Robbiego była jego babcia!
W filmie „Better Man” wszystko wydaje się być po coś, choć zdarza się, że niektóre elementy układanki zwanej życiem wskakują na swe miejsce nie od razu (ale to czyni film jeszcze bardziej interesującym). Do tego ciekawe sceny musicalowo – taneczne oraz dobra gra aktorska. Oraz to, utwory Take That czy Robbiego Williamsa posłużyły do opowiedzenia konkretnych wydarzeń z jego życia, co daje zupełnie inną interpretację tesktów piosenek. Sprawiło to również, że gdy teraz słyszę lub odtwarzam w pamięci którąś z piosenek od razu wyświetlają mi się konkretne sceny z filmu.
Oczywistym jest, że film „Better Man” nie pokazuje całego życia byłego członka Take That, ale to, co zostało w nim przedstawione jest według mnie prawdziwe. Robbie Williams to nie był przecież grzeczny chłopiec. I film pokazuje tutaj, że takie zachowanie mógł być skutek pewnych sytuacji z przeszłości, a nie przyczyna tych przyszłych. A Robbie w filmie jako człowiek z twarzą małpy to niejako maska – ta, którą wszyscy czasem (albo nawet częściej) przyjmujemy. Robbie Williams, obecnie 50 latek, w pewnym sensie rozlicza się tym filmem z przeszłością, aby stać się tytułowym lepszym facetem (czyli Better Manem). I według mnie robi to dobrze i z pomysłem.
Film „Better Man” obejrzałam zaledwie tydzień po filmie „Kompletnie nieznany”, opowiadającym o życiu (a raczej kilku latach z życia) Boba Dylana. Cóż mogę rzec? Producenci powinni bardziej uważać kiedy konkretne filmy mają swoją premierę. O ile „Kompletnie nieznany” uznałam po seansie za film interesujący (choć już wtedy stwierdziłam, że według mnie to nie Oskarowe dzieło) zamknąć to po obejrzeniu filmu „Better Man” ten pierwszy na jego tle wygląda nieciekawie i … nudno. W tym pojedynku filmowym 1:0 dla Robbiego. Zdecydowanie!