la bloggerista: Jak się masz po wczorajszym spektaklu „Musical show” w szczecińskim Teatrze Polskim?
Filip: To w sumie był bardziej koncert. Jest ok, głos działa, ciało współpracuje, więc się cieszę, bo jestem teraz w bardzo dużym pędzie.
Właśnie, jest to dla ciebie bardzo intensywny czas. „Musical show” w Szczecinie, musical „In the heights” w Teatrze Muzycznym Adria w Koszalinie – spektakl oraz nagrywanie do niego ścieżki dźwiękowej. A oprócz tego 11 listopada, godzina 11.11, bardzo magiczna data, twoje dziecko, czyli teledysk do utworu „Lowizm” ujrzało światło dziennie. Jak dajesz radę?
Jest to szalony czas, ale wiedziałem po co idę, z czym to się wiąże. Od kilkunastu lat pracuję w tym zawodzie i wiem, że za wszystko płaci się jakiś rodzaj ceny. I zmęczenie to cena, którą ewidentnie trzeba zapłacić za to, żeby się przemieszczać, grać w różnych miejscach, śpiewać, koncertować. Piosenki piszę przeważnie w nocy, do tego jeszcze prowadzę lekcje śpiewu. Tę cenę jestem w stanie zapłacić. Na razie. Ale też jestem bardzo uważny i kiedy czuję, że baterie się kończą, to zwalniam.
Działasz trochę na swoich warunkach. Miałeś propozycje z programów talent show, ale odmówiłeś. Byłeś już na tyle świadomy i wiedziałeś, którą drogą chcesz iść i na jakich warunkach chcesz to osiągnąć?
Tak, przede wszystkim na swoich. Chciałbym wydawać rzeczy, które grają mi w duszy. A w tych programach jest bardzo dużo mocno ograniczających zapisów, które są po prostu dla mnie nie do przekroczenia. Więc pomimo tego, że były to bardzo kuszące propozycje, bo wiązałyby się również z promocją, to stwierdziłem, że muszę sam sobie poradzić.
Pozwól na mały skok w przeszłość. Jak to się stało, że Filip Cembala, człowiek z gór przenosi się do Gdyni, bo sobie wymarzył Baduszkową (Państwowe Policealne Studium Wokalno – Aktorskie im. Danuty Baduszkowej – przyp. red.)? Czy jako dziecko już lubiłeś występować, choćby na rodzinnych uroczystościach, śpiewać, tańczyć? Czy to dojrzewało w twojej głowie i później się dopiero zmaterializowało?
Tak sobie teraz nawet myślę, że to nie były tyle marzenia, co rodzaj pewności, że inaczej nie. Na etapie przedszkola wymyślałem sobie, że będę na przykład lekarzem, archeologiem, z perspektywy czasu widzę, że to były marzenia innych dzieci, a ja po prostu nie potrafiłem w swojej małej głowie zmieścić tego, że można być piosenkarzem czy aktorem. Od początku wiedziałem, że muzyka, to jest coś, co mnie bardzo woła. Mój pierwszy występ? Chyba na wakacjach z rodzicami, miałem jakieś 2 latka, ledwo mówiłem, ale już byłem na scenie i śpiewałem. A po parunastu kolejnych występowałem w „Drodze do gwiazd” i po skończonym występie nie chciałem zejść ze sceny. Zbyszek Wodecki mówił: „Dziękujemy Filipie”, a ja się kłaniam. „Filipie, dziękujemy”, a ja ciągle się kłaniam i trzymam się tej sceny, jakby mnie ktoś do niej przyspawał. Miałem trudności, żeby się z tym programem pożegnać. W Buczkowicach, z których pochodzę nie było Domu Kultury bardzo długo, pojawił się dopiero jak byłem nastolatkiem. Więc rodzice mnie wozili do Bielska na zajęcia, miałem prywatne lekcje wokalu u ludzi, którzy nie tyle mnie uczyli tego śpiewu, co po prostu pozwalali mi śpiewać i podlewali we mnie przekonanie, że mogę to robić zawodowo. Wtedy też metody nauczania wokalu, świadomość emisyjna były trochę inne niż teraz. Pamiętam jak w liceum byłem w Teatrze Muzycznym Roma i patrzyłem z zachwytem na tych wszystkich aktorów. Po spektaklu pobiegłem do kafejki internetowej, żeby zobaczyć skąd są ci wszyscy aktorzy i okazało się, że ponad 90% kończyło Baduszkową w Gdyni. I wtedy pomyślałem: „Czyli jest taka szkoła, gdzie można te wszystkie trzy pasje pożenić”. I wiedziałem, że absolutnie to jest mój cel.
Czyli miałeś wsparcie od najbliższych, skoro rodzice cię zawozili na zajęcia do Bielska? Nikt nie mówił, że to taki niepewny zawód?
Nigdy. Nigdy nie było takiej rozmowy, nigdy nie usłyszałem, że to niemęskie, że to niepewne. Ja mam w ogóle wspaniałych rodziców, zawsze bardzo wspierający, pomimo tego, że nigdy się u nas w domu nie przelewało. Nie było też jakiejś biedy, po prostu żyliśmy jak w 80% polskich domów, od pierwszego do pierwszego. Ale nigdy w życiu nie usłyszałem, że nie pójdę na jakieś zajęcia, bo są za drogie.
Ja też nigdy nie usłyszałam, że nie powinnam iść do kina czy teatru, że chodzę za często. To zawsze była część mojego życia. Ale wiem, że byłam szczęściarą, bo nie u każdego tak było.
Tak, wtedy też mi się wydawało, że to jest oczywiste, że wszyscy rodzice są tacy wspierający. Dopiero potem oczy mi się otwierały, jak słyszałem różne historie, jacy rodzice potrafią być. Moi byli mam wrażenie takim złotym środkiem. Nigdy nie naciskali mówiąc: „No idź tam, pokaż się”. Ale też nigdy nie byli niewspierający. Na rozwój pieniądze znajdowały się spod ziemi.
Czyli czułeś wiatr w żaglach już na starcie?
Oczywiście. Miałem jednak trochę problemów z rówieśnikami. Miałem atopowe zapalenie skóry, więc byłem, no trzeba to powiedzieć, dzieckiem z widocznymi problemami. Było widać, że moja skóra jest chora. A dzieci były po prostu okrutne. I tutaj moi rodzice też zrobili super robotę swoim wsparciem. Ale widzisz, w życiu zawsze jest coś za coś. Ludzie pytają skąd moja zabawa słowem, skąd mój dystans do siebie albo to poczucie humoru na własny temat. Moja odpowiedź jest prosta – z tamtych czasów. Był to mój sposób na obronę przed rówieśnikami. Kiedy oni się ze mnie śmiali, ja się nauczyłem śmiać z siebie dwa razy głośniej. I wtedy oni odpuszczali, mówili: „Fajny jest w sumie. Brzydki, ale spoko”. Oczywiście w domu to przeżywałem, płakałem, inaczej nie można było, bo psychika żadnego dziecka nie jest przygotowana na coś takiego.
Nie tylko dziecka. Myślę, że w ogóle żadnego człowieka.
Dla dorosłego człowieka jest to bardzo trudne, a dla dziecka, które już zupełnie nie ma narzędzi i nie potrafi sobie bardzo wielu rzeczy wytłumaczyć to jest w ogóle dramat.
I wtedy pomyślałeś o musicalu? Wiem, że to nie jest jedyny gatunek, w którym się czujesz dobrze. Dla mnie musical jest magiczny. Musisz być nie tylko dobrym aktorem, ale również tancerzem i wokalistą. A na scenie to jest niesamowita synchronizacja tych wszystkich umiejętności, talentów.
To jest niesamowite i powiem ci, że musical totalnie mnie zawołał. A już w ogóle tak głośno i wyraźnie, gdy zobaczyłem wtedy „Grease” w Teatrze Roma. Jak oni tam śpiewali, jak tańczyli! Jacy byli piękni, jak grali! I wiedziałem, że muszę się o to na pewno otrzeć. Był czas kiedy były próby na przykład w Teatrze Syrena w Warszawie, w międzyczasie musiałem pojechać do Gdyni na jedną próbę przed „Gorączką sobotniej nocy”, potem wrócić do Warszawy, bo za tydzień premiera. A jeszcze musiałem zahaczyć o Szczecin, zaśpiewać jakiś koncert. I pamiętam taką sytuację, że stałem z walizką na Placu Grunwaldzkim przed Teatrem Muzycznym w Gdyni, biegłem z pociągu na próbę i mówię sobie: „Boże, jaki jestem zmęczony! Ja już nie mam siły!”. A w „Gorączce” grałem główną rolę i wychodziłem na scenę na 3 godziny. Tylko w kulisach zmiana kostiumów, garderobiane zrywały ze mnie jeden kostium, wkładały drugi, i wybiegałem. Moim zdaniem nigdy nie będę nic trudniejszego kondycyjnie już grał. I stojąc tak na tym Placu narzekałem, że jestem zmęczony i wtedy powiedziałem sobie: „Stop. Tego chciałeś. Chciałeś być tu, tu i tu, i grać. Nikt jeszcze nie wymyślił teleportacji, siłą woli się nie będziesz przenosił, taka jest cena spełnionych marzeń”. Przeważnie w tym zawodzie jest tak, że jak się dzieje, to się dzieje wszystko naraz, a jak się nie dzieje, to się nie dzieje. Bardzo dobrze pamiętam czasy, gdy się działo niewystarczająco dużo. I zdecydowanie wolę czasy, kiedy się dzieje dużo.
Ale chyba sobie zapracowałeś na to, żeby się działo. Na „Gorączce” oczywiście byłam, nie mogło być inaczej. Przyznaję, że jestem dość wybredną widzką, bo muszę siedzieć blisko, w pierwszych rzędach. Uwielbiam patrzeć na aktorów, na ich twarze. Oczywiście główne role przykuwają najwięcej uwagi, ale lubię też przypatrywać się wszystkim na scenie.I zawsze mam takie wrażenie, że każdy gra tak jakby był właśnie głównym aktorem. Tam nie ma żadnej fuszerki, tam jest wszystko na 100%.
Tak jest. Moim rodzicom i bliskim mi ludziom, którzy przyjeżdżają na moje spektakle, zawsze mówię, że muszą przyjechać 2gi albo 3ci raz, żeby zobaczyć też fantastycznych kolegów z zespołu – bo za pierwszym razem patrzą tylko na mnie. A „Gorączka” to był spektakl, który bardzo kochałem, bo też było co zagrać, była przemiana bohatera. Ale też się go zawsze bałem. Miałem 2 razy takie sytuacje, że czułem się jakby, ktoś mi odcinał prąd, bo za mało zjadłem przed spektaklem. Więc ktoś musiał mi szybko jakąś czekoladę na scenę wnieść, żebym mógł zagrać do końca. Po każdej takiej sytuacji czuję wdzięczność do swojego ciała, że dźwignęło i ogromną satysfakcję, że to się udało.
Prawie zawsze po wyjściu z teatru mam myśli, że to jest dopiero fajna praca. Robisz coś i widzisz, słyszysz reakcję publiczności, ten aplauz. Ale potem przychodzi myśl, że przecież jest tylu zdolnych ludzi, ale główna rola jest jedna. Powiedz, jak sobie radziłeś z tym, że idziesz na casting, czujesz, że jesteś dobry, a potem słyszysz, że jesteś świetny, ale jednak nie dostaniesz tej roli ?
U mnie to były lata. Na początku pierwsze castingi, odrzucenie, przeżywałem po 3 miesiące. Potem miesiąc. Potem tydzień. Swego czasu żartowałem, że sobie zrobię wizytówkę: „Filip Cembala. Aktor castingowy. Specjalność: odpadanie w ostatnich etapach”. Bo prawie zawsze jestem w ostatnim etapie. No i tych castingów wygranych zawsze jest dużo mniej niż tych, które przegrywasz. Ale teraz już jestem w tej branży naprawdę długo i wiem, że są bardzo różne powody, z powodu, których nie dostaje się roli. I często nie są to powody artystyczne, ale finansowe, terminowe czy jeszcze jakieś inne. Byłem na castingu, gdzie czułem, że jestem bardzo chciany przez wszystkich w teatrze, ale nie przez reżysera. I wtedy pomyślałem sobie, że on ma prawo mnie nie chcieć. I to nie dlatego, że jestem do niczego, ale dlatego, że ma inną wizję. Zapytałem sam siebie: „Czy to było moje dzisiejsze 100%? Tak. Czy byłem przygotowany najlepiej jak potrafię? Tak. Czy mam tu na coś jeszcze wpływ? Nie”. I ten casting przeżywałem 2, może 3 godziny. Ale też wiem, że dzisiaj jest mi łatwiej, bo mam tej pracy bardzo dużo i to nie jest już moje być albo nie być.
Zajmujesz się wieloma różnymi rzeczami. Jeżeli teraz miałbyś skupić się przez rok tylko na jednej aktywności, co by to było?
Śpiewanie. Bez dwóch zdań. To jest w ogóle teraz moment, kiedy ja trochę rozrzedzam swoje współprace teatralne, na castingi też nie chodzę, bo marzy mi się muza, koncerty, spotkania. Pandemia mi włączyła taki przełącznik w głowie, z odtwórcy na twórcę. I zacząłem pisać. Mam wrażenie, że śpiewanie to rodzaj misji, to jest coś, co mnie woła najwyraźniej, najmocniej.
Odzew po teledysku do „Lowizmu” był bardzo pozytywny. Komentarz, który najbardziej utkwił mi w pamięci to ten, że to piosenka aktorska w jej najlepszych latach. Czy to stwierdzenie się z tobą rymuje?
W ogóle nie i na początku się nawet na to obrażałem. Ale ludzie potrzebują kategorii, rodzaju naklejki – definicji, potrzebują szuflad, potrzebują gdzieś to wszystko zmieścić. To, co proponuję jest bardzo szerokie, bo warstwa literacka jest mocno „niecodzienna”, bo mój język jest też charakterystyczny. Jest bardzo dużo słów. W czasach, kiedy piosenki oparte są na paru słowach, które możesz szybko powtórzyć i zapamiętać – ja nagle opowiadam historię, którą trzeba by posłuchać parę razy, żeby dać się do niej zaprosić. Więc już tu jest różnica. Ja też mam świadomość tego, że nie wydłubię z siebie niemalże 15 lat zawodowej pracy w teatrach, i nie chcę tego robić. Ja kocham kicz, kocham ekspresję, kocham czasami ocierać się o jakiś rodzaj tandety. Lubię z tego czerpać. Uważam, że to w połączeniu z czymś wartościowym, wyszukanym może dać ciekawy efekt. Wiedziałem, że jak założę do teledysku cekinowy garnitur to wiele osób skupi się na tym i dalej nie pójdzie. Albo zobaczy make – up i stwierdzi, że to takie aktorskie. A to jest po prostu jakiś rodzaj performance’u. Mój kolega powiedział, że to jest piosenka aktorska z jej lat świetności przeglądu piosenki aktorskiej. Ja wiem, że on chciał mi dać największy prezent na świecie, dlatego mu podziękowałem oczywiście. Ale we mnie nie ma zgody na piosenkę aktorską dlatego, że piszę bardzo osobiste rzeczy i nie ma to nic wspólnego z kreacją, ja tu niczego nie gram. To jest jakby tkane nitką prawdy.
Ja w pierwszym momencie pomyślałam, że określenie „piosenka aktorska” miało na celu podkreślenie, że jest to coś ambitniejszego. Ale rozumiem dlaczego odebrałeś to inaczej. Teledysk do „Lowizmu” jest dość statyczny, ale dzięki temu można się skupić na słowach. Całość jest wielopoziomowa. Tak samo jak „Kolęda dla nieobecnych”, którą wykonujesz w duecie. Duży odzew potwierdza chyba, że ludzie potrzebują takich prawdziwych emocji w obecnym świecie.
Fajnie, że to idzie w parze z moimi social mediami. Szczęśliwie dla mnie na moich „portalach sołszialmidyjskich” robi się „nas” coraz więcej, znaczy to, że takich wrażliwców, jak ja, którzy się potykają, którzy mają swoje, troski, radości, tęsknoty jest bardzo dużo. To też mi pokazuje, że jeżeli będę robił swoją muzykę albo pisał swoje teksty uczciwie to będą ludzie, którzy będą chcieli tego słuchać, dlatego, że ja jestem jednym z nich. Jestem tak samo pisany właśnie jakąś „czcionką” wątpliwości i wrażliwości. I takich ludzi jest dużo, jak się okazuje. Więc ja dla nich tworzę. Nie sądzę, żeby był jakikolwiek artysta, który byłby w stanie „nakarmić” wszystkich.
Ale właśnie chyba nie o to chodzi, żeby być dla wszystkich, gdyż każdy ma też inne potrzeby. No ale śledzi cię obecnie na Instagramie 54tys. osób. I zastanawiam się jak długo jeszcze dasz radę bez asystenta (śmiech)? Jesteś w stałym kontakcie ze swoimi odbiorcami, co nie jest takie oczywiste w obecnych czasach. Może dlatego jesteś incluencerem a nie influencerem? (to opis Filipa na jego profilu @itsmefilipce na Instagramie – przyp. red.) I tym słowem się bawisz od początku, i to jest świetne.
Bardzo ci dziękuję. To jest 54tys. na Instagramie, ale również 50tys. na Facebooku i to jest już bardzo dużo ludzi. W nieprzerwanym kontakcie jestem już tylko z ludźmi na Instagramie, czasami na FB. Jeżeli chodzi o asystenta to oczywiście przydałby się ktoś taki, ale chyba bardziej jako manager, bo nie wyobrażam sobie, żeby ktoś miałby odpisywać za mnie na wiadomości. To na pewno nie wchodzi w grę. Chciałbym, żeby ludzie też mieli pewność, że „po drugiej stronie Instagrama” jestem ja, dlatego że piszą do mnie bardzo intymne i bardzo osobiste rzeczy. Więc sobie nie wyobrażam, żeby swoje social media oddać komuś innemu, ale potrzebuję zdecydowanie kogoś, kto będzie mi bukował te wszystkie miejsca, gdzie gram, ogarniał kiedy wyjeżdżam, kiedy mogę robić lekcje, kiedy kręcę teledysk. Obecnie wszystko robię sam. Czuję, powolutku, że to jest męczące, ale z drugiej strony ja też bardzo ufam życiu i pojawiają się w nim ludzie przeróżni, którzy mi pomagają. Przy kręceniu teledysku pomoc właściwie obcych ludzi była tak ogromna, że to chyba dotrze do mnie za 2 tygodnie jak usiądę w domu i sobie uświadomię jakie mnie spotkały prezenty. Dziewczyna, która mnie poznała przez Instagrama, pomogła od strony organizacyjnej, Excelowej przy tym teledysku. Ja bym tego nie był w stanie sam zrobić. A ona pomogła, bo bardzo chciała, a nawet nie mogła być na planie, żeby spić tą całą śmietankę, bo była bardzo zajęta zawodowo. Z drugiej strony na planie byli fantastyczni ludzie m.in. moja uczennica, moi przyjaciele, plus masa ludzi, która przyjechała z całej Polski, żeby nie tylko zagrać w tym teledysku, ale też ze mną porozmawiać. Powiem ci, że ja w ogóle nie byłem świadomy tego, że są ludzie, którzy mi tak zaufali i którzy chcą być częścią tej historii, tego lowizmu. I to jest wzruszające.
Ufają ci również twoi uczniowie. Powiedziałeś kiedyś, że każdy może się nauczyć śpiewać. Trochę mnie to zaskoczyło, bo zawsze się słyszało, że trzeba mieć talent lub predyspozycje.Jaki jest twój największy sukces pedagogiczny?
Ja bym tego nie powiedział z przekonaniem, gdybym tego nie sprawdził. Miałem taką uczennicę, która przyszła do mnie parę lat temu i prawie żadnego dźwięku czysto nie zaśpiewała. Czyli to mogło świadczyć o tym, że nie ma w ogóle słuchu. I ja mówię: „Słuchaj, ja się zdecyduję z tobą pracować, ale musisz mieć świadomość tego, że ta droga będzie bardzo długa, żmudna, i że będziesz musiała bardzo ciężko pracować. Czy chcesz mimo to?”. Chciała i bardzo pięknie pracowała. Kiedy po latach się rozstawaliśmy to potrafiła zaśpiewać całą piosenkę czysto. Więc jeżeli ktoś jest bardzo zdeterminowany i dla siebie wyrozumiały to może się nauczyć śpiewać. Pierwsze o czym mówię na swoich lekcjach to to, że jest zakaz mówienia o sobie źle. Przy mnie trzeba się mylić i błądzić, bo ja jestem po to, żeby dać narzędzia i „drogowskaz” – bo właśnie po to kończyłem najlepsze szkoły artystyczne, takie jak: SWA w Gdyni, Akademia Muzyczna w Katowicach, wydział jazzu i teraz kończę w Londynie „Vocal Ballance”. Żeby mieć pewność, że jestem w stanie dać najlepsze narzędzia ludziom, którzy mi zaufali. Ale też widzę, że ludzie przychodzą z bardzo różnych powodów, że tak naprawdę szukają zaopiekowania. Bardzo często rozmawiamy na tych lekcjach. Ja najbardziej kocham uczyć ludzi, którzy kiedyś kochali śpiewać, ale tak im się napisała droga życia, że zawodowo robią już coś zupełnie innego. Ale teraz już są na takim etapie, że ich stać, żeby wrócić do tego marzenia. I widzę, jak już mija ten pierwszy etap, gdy jest ciężko, jak te oczy się zaczynają uśmiechać i zaczynają śpiewać. I słyszę: „Ja mogę to robić”. A ja na to: „No raczej, że możesz. I robisz to pięknie”.
I to jest chyba sukces pedagogiczny. Lowizm pedagogiczny. Bo hasztag lowizm (#lowizm) powstał w kontrze do hejtu, jako wkurzenie na to, co się dzieje na świecie. A czy ty osobiście spotykasz się z hejtem? W swoich wypowiedziach ważysz słowa, starając się nikogo nie urazić. Ale żyjemy w dość nieprzewidywalnych czasach…
Jest tego na szczęście mało, dosłownie promil. Ale też nie wchodzę w takie dyskusje, jak widzę, że ktoś przychodzi tylko po to, żeby zasiać ferment, albo obrazić kogoś – od razu blokuję taką osobę. Ja to podkreślam, to ma być bezpieczna przestrzeń. Dopóki mam na to wpływ to będzie po mojemu. To jest mój „dom” i ja tam zapraszam każdego, kto ma ochotę wejść, poczuć się tam dobrze, coś dobrego dostać czy coś dobrego dać. Ale jeżeli ktoś ma ochotę tam po prostu „wejść w obłoconych butach, poprzewracać mi coś, co układam, coś zabrać, i wyjść, trzaskając drzwiami”, to ja zamykam te drzwi w sekundę.
A Instagram pomaga ci, w sensie artystycznym, ogarnąć emocje?
Ogarnąć emocje? chyba nie..
Może to źle ujęłam, czy pomaga ci wszystko sobie poukładać?
To jest dobre pytanie. Myślę sobie, że ogarniam emocje i próbuję się układać ze sobą jednak poza internetem i raczej w mojej „osobnej osobie”. Instagram jest narzędziem i na pewno mi pomaga – coś nagram i pogadam z ludźmi, zapytam co oni myślą, ta forma ekspresji na pewno coś uwalnia. Rok temu wydawałem „Komety”, też dla wrażliwców. Kocham te „Komety” bardzo, też są napisane bardzo uczciwie. I też je napisałem o sobie, o swoim krytyku wewnętrznym, którego nazywam „baseballistą”, narratorem, recenzentem. Okazało się, że mnóstwo ludzi ma dokładnie to samo. I jak wydałem to rok temu we wrześniu to wtedy miałem na Instagramie około 5-6 tys. obserwujących. W takim naprawdę piku w ciągu tygodnia było 4000 wyświetleń. A teraz po 2 tygodniach od premiery „Lowizmu” jest już prawie prawie 30tys wyświetleń. W pierwszej dobie było 18tys. Więc gdybym mówił, że to nie jest narzędzie, że to nie jest coś, co mi zawodowo pomaga to byłoby kłamstwo. Moi uczniowie w 3/4 to ludzie z Instagrama. Propozycje zawodowe, jakie dostaję to też są propozycje z Instagrama. Fakt, że ponad 90% tych propozycji nie przyjmuję, bo bardzo dużo czynników musi się zgodzić. Ale i tak czuję, że jestem na razie w fazie „zasiewu”, że teraz bardzo dużo daję, i bywa, że znikam, na 2 dni na przykład, bo czuję się już „pusty”. Nie wyobrażam sobie wtedy dać coś, czego nie ma. Na przykład, nagrać coś typu: „To dzisiaj porozmawiamy sobie o dachówkach”.
Rozumiem. Choć myślę, że twoja osobna osoba ma taką moc, że wszyscy by już biegli do sklepu po dachówki (śmiech). Na swoim profilu poruszyłeś też ważny problem, który nazwałeś „Pytania z doopy” (w oryginale zapisane przez „u”, tutaj przez dwa „o”, żeby żaden algorytm nie zablokował tego tekstu – przyp. red.). Są to wszelkie niepotrzebne pytania, które słyszymy najczęściej w czasie uroczystości rodzinnych. I chociaż na pierwszy rzut oka może się to wydawać zabawne, to uważam, że to jest też hejt. Po prostu otworzyłeś puszkę Pandory. Jak się czyta te wszystkie pytania, które publikujesz – a domyślam się, że to tylko część tych, które ty czytasz –to się człowiek zastanawia jak to się dzieje, że w takim niby katolickim kraju jak Polska, drugi człowiek, ten niby najbliższy, bo rodzina, robi tak okrutne rzeczy drugiej osobie. Jaki był twój cel, gdy zapytałeś o te niekomfortowe pytania?
Z tymi pytaniami to na początku miał być rodzaj żartu. W sensie takiego śmiesznego komentowania rzeczywistości. Ale jak zobaczyłem czego ludzie muszą doświadczać przy tych stołach wigilijnych, czy imieninowych, na jaki rodzaj biernej agresji są narażeni wśród swoich bliskich to stwierdziłem, że absolutnie trzeba o tym rozmawiać. I oczywiście pojawił się zarzut: „Filip, ale twoje odpowiedzi są też mocne, trochę nawet za mocne, bo ktoś może się obrazić”. Nie, nie są za mocne. To jest tylko zapraszanie do tego samego tańca, do którego ktoś cię zaprasza. Ktoś cię pyta dlaczego nie masz dzieci jeszcze, dlaczego nie jesteś mężatką. Te pytania nie są nie na miejscu. One są okrutne. Dlatego, że ten człowiek nie ma pojęcia jak się pisze twoje życie i z jakiego powodu zapadają twoje decyzje. I te wszystkie pytania: a kiedy córeczka?, a kiedy drugie?, a kiedy trzecie? A ludzie piszą, że akurat są po 10tym in vitro, albo po 5tym poronieniu, albo jest alkohol w domu, albo jest przemoc. Te pytania potrafią być okrutne. Więc uważam, że ten cykl jest potrzebny, bo ludzie często sobie nie zdają sprawy z tego co robią i dopiero spadają im klapki z oczu, że to naprawdę jest przekroczenie, a ja naprawdę nie muszę odpowiadać na te pytania. I to, że jesteśmy z krwi i kości rodziną, ale mamy ze sobą kontakt raz w roku to naprawdę nie daje nam paszportu do tego, żeby zapytać. Moja „rodzina z wyboru” to są moi przyjaciele. Ja mam super kontakt z rodzicami, z ciocią najbliższą, z siostrą, z paroma osobami w rodzinie, ale mam też lwią część rodziny, z którą prawie nie mam kontaktu. Więc jest mi miliard razy bliżej do moich przyjaciół. I ci mogą mnie zapytać o wszystko. To są lata budowania relacji, budowania poczucia bezpieczeństwa i tylko tak sobie to wyobrażam.
Pamiętam jak nastała pandemia,ilu ludzi się ucieszyło, że nie musi spędzać świąt z rodziną nie z wyboru i doświadczać tych wszystkich pytań. To była dla nich ogromna ulga, bo w normalnych warunkach nie potrafili odmówić odpowiedzi, postawić granic. Więc miejmy nadzieję, że zadzieje się tutaj mini rewolucja społeczna. Że będziemy się traktować po prostu z szacunkiem, na jaki każdy zasługuje i jeżeli ktoś ma ochotę się uzewnętrznić, to to robi po prostu.
Ja nie mam złudzeń, że agresorzy nie będą tego oglądali. Ale to jest bardzo skierowane do nas, do wrażliwców, żeby pokazać, że my mamy absolutne prawo i wręcz obowiązek względem siebie zaznaczyć swoje granice i powiedzieć: „To nie jest informacja dla ciebie dostępna, dzięki”.
Takie postawienie granic może być przełomem w życiu. A czy była jakaś rola przełomowa dla ciebie, w sensie artystycznym i personalnym?
Rolą przełomową była pierwsza moja rola po pierwszym roku szkoły teatralnej w Gdyni – to była rola Angel w musicalu „Rent” w Szczecinie, w Operze na Zamku. To była cudowna współpraca, wspaniali ludzie, genialny musical. Traktuje o wykluczeniach, o mniejszościach, o przyjaźni, czyli po prostu marzenie, żeby to zagrać. I ta rola mnie bardzo poniosła i czułem, że to jest absolutnie to, co chcę robić. Ale każda rola przyniosła mi coś innego. Miałem taką jedną bardzo złą współpracę i zapłaciłem za nią wysoką cenę. Ale po latach stwierdzam, że dobrze, że to się wydarzyło, bo już dokładnie wiem, gdzie powiedzieć „nie” i na jakim etapie powiedzieć „do widzenia”. I też myślę sobie, że nie można mieć do siebie pretensji o coś, gdy się miało 20 parę lat i było na początku drogi. Wtedy powiedzieć komuś „do widzenia” jest trudno, bo istnieje rodzaj lęku, że pójdzie jakaś fama, że „już cię nie zaproszą”.Teraz jest mi dużo łatwiej. Na przykład praca w Syrenie przy „Rock of Ages” była wspaniała, tam miałem super rolę Lonny’ego, narratora i mistrza ceremonii. Mogłem bardzo improwizować w tej roli, a ja to kocham. Te role mi bardzo dużo dawały, ale tak naprawdę każda z tych nich przybliżała mnie do tego, że jestem gotowy na to, żeby „rozebrać się” z roli i wejść na scenę jako ja. I teraz zaczyna być ten moment.
Faktycznie, chyba teraz muzyka cię woła najbardziej. To konkretnie, jakie plany muzyczne u ciebie teraz po „Lowiźmie”?
To co się na pewno zadzieje to są jeszcze kolejne 2 single, które zamkną „Tryptyk”. Myślę, że to będą premiery na początku 2023 roku. W międzyczasie jeszcze mam jeden projekt w głowie oraz dość dużo zmian logistycznych w życiu, więc jak już trochę osiądę to będę też komponował nowe rzeczy. I myślę, że rok 2023 to już będą koncerty. Teraz muszę na to zrobić przestrzeń zawodową, niektóre rzeczy pozamykać i wtedy będzie czas na to, żeby koncertować. Tych nowych piosenek już się sporo zrobiło, więc jest co grać, to już chyba najwyższy czas. Miałem taki fajny koncert w maju w „Nie Teatrze” w Białymstoku. Bardzo kameralny, to były piosenki musicalowe. Zaprosiła mnie Karina Komendera czyli ta wspaniała pianistka i współautorka muzyki do „Komet”. Razem z nią i Agnieszką Przekupień, z którą grałem w „Gorączce Sobotniej Nocy” zaśpiewaliśmy ten koncert, i wtedy też zaśpiewałem po raz pierwszy „Komety”. Obawiałem się jak publiczność to przyjmie, przecież przyszli słuchać musicali. Ale przyjęli to wspaniale. I to był dla mnie jakiś nowy rodzaj emocji, które poczułem, że nagle wychodzę z czyichś słów, czyjejś muzyki i śpiewam swoje. To było super.
A masz jakąś wizję swoich koncertów? Miałyby być bardziej kameralne?
To jest wszystko jeszcze w fazie tworzenia się, ale myślę, żeby tę pierwszą trasę zrobić po filharmoniach i teatrach. Na początku to nie będą jakieś ogromne koncerty, bo też moja twórczość jest dość intymna i chciałbym, żeby ludzie mieli takie poczucie, że mogą w takim bliskim kontakcie ze mną to przeżyć. W takim miejscu potem łatwiej jest się spotkać, chwilę pogadać. Jak są duże „sytuacje” koncertowe to nie ma na to czasu.
W jednej wypowiedzi wspominałeś o książce. Powiesz coś więcej na ten temat?
Książka na pewno będzie. Odezwało się do mnie kilka wydawnictw, ale coś mnie ciągnie do wydania jej własnym sumptem. To się okaże. Na razie muszę temat muzyczny pozamykać, ale rok 2023 przyniesie dużo nowości. I na pewno moim pierwszym wydawnictwem papierowym będzie moja poezja. Bo też ludzie, którzy śledzą moje drugie konto na Instagramie @slowosiemnabawi pytają: „Kiedy papier?”. Więc te teksty na papierze pojawią się w 2023 roku. Ale już potem książka. I to na razie kropka.
To pozostaje nam czekać na to co przyniesie ten rok. Filipie, dziękuję ci bardzo za czas i za tę niezwykłą rozmowę.
(rozmowa miała miejsce 22 listopada 2022r. )
Wróciłam do tej strony i chyba będę zawsze wracać. Kolejny tekst, który z miłą chęcią przeczytałam :). Interesująca rozmowa z człowiekiem o wielu talentach ale przede wszystkim świetnym obserwatorem życia. Byłam mile zaskoczona kiedy przeczytałam tytuł a w nim Filip Cembala. Od razu wiedziałam, że to nie będzie zwykły wywiad. To rozmowa o wartościach, emocjach i podejmowaniu decyzji. Więcej w samym teksie, także kto jeszcze nie czytał, temu serdecznie polecam. 🙂
Cieszę się, że udało się przekazać emocje towarzyszące tej rozmowie.