O teatrze, miłości do Francji, Młynarskim, Chaplinie i udziale w filmie Bollywood

czyli rozmowa z Mateuszem Deskiewiczem w przededniu 20-lecia jego pracy artystycznej w Teatrze Muzycznym w Gdyni

 

la bloggerista: Nie myślałam, że tu we foyer Teatru Muzycznego może być tak cicho i spokojnie. Zawsze przychodzę tu na spektakl.

Mateusz Deskiewicz: Do południa to najcichsze miejsce w całym teatrze, które faktycznie zapełnia się dopiero wieczorem – dlatego zaprosiłem Cię tutaj, żebyśmy mogli spokojnie porozmawiać. Teraz wszędzie sporo się dzieje, bo trwają już próby do „Koncertu Sylwestrowego”.

Oderwałam Cię od próby?

Nie, w tym roku nie biorę w nim udziału. Pracuję nad własnym spektaklem na Scenę Kameralną. Będzie to recital piosenek Wojciecha Młynarskiego „Róbmy swoje!”. Znane wszystkim piosenki będą poprzeplatane mniej lub nieznanymi dotąd tekstami Młynarskiego, które pokażą go trochę z innej strony. Będzie to też moja osobista, czyli czterdziestolatka, wypowiedź na temat życia, kobiet, polityki, otaczającego świata, ale z dużym przymrużeniem oka w mocno satyrycznym stylu. Premiera 13 stycznia 2024 roku. Jest to spektakl w ramach w Projektu Inicjatyw Aktorskich.

plakat K. Formela

W ramach którego powstała również „Francja Elegancja” – recital piosenek francuskich, w którym występujesz.

Tak, „Francja Elegancja” to spektakl, który chodził mi po głowie dość długo. W sumie to Covid przyczynił się do jego materializacji – siedząc w domu przez prawie rok w końcu miałem czas, żeby zastanowić się jak ten recital miałby wyglądać oraz wybrać piosenki. Wymyśliłem sobie podróż ulicami Paryża – w końcu to miasto to nie tylko Wieża Eiffla i ekskluzywne sklepy, ale jest też część artystyczna, Plac Pigalle, kabaret, kloszardzi… Recital składa się z 15 piosenek, które wykonuję zarówno po polsku, jak i po francusku, spacerując z widzami właśnie ulicami Paryża (trailer spektaklu).

Widać, że widzom przypadły do gustu propozycje z cyklu Projektu Inicjatyw Aktorskich. Bilety na te przedstawienia na Scenie Kameralnej wysprzedane są na długo przed terminem spektakli, podobnie jak w przypadku Dużej Sceny, która pomieści ponad 1000 widzów. Choć z drugiej strony mam wrażenie, że teatr to ciągle synonim kultury wysokiej i wiele osób go omija szerokim łukiem. Jak Ty to widzisz?

Myślę, że wciąż panuje przekonanie, że teatr to coś niezrozumiałego, zbyt trudnego, gdzie znajdziemy się wśród elegancko ubranych ludzi i nie do końca będziemy wiedzieli o czym jest spektakl. Oczywiście, zdarzają się czasami takie przedstawienia i takie teatry, ale jestem za tym, by jako widz dać sobie szansę w spróbowaniu czegoś nowego. Odłożyć wspomnienia ze szkoły, kiedy wyjście do teatru było dla niektórych przykrym obowiązkiem. Wybrać się do teatru, pójść choć raz w życiu do opery, filharmonii czy nawet na balet i… sprawdzić. Może się okazać, że jakiś element widowiska nas przekona, zauroczy – taniec, śpiew, a może scenografia. Moi znajomi czy rodzina, zanim zacząłem tutaj pracować, nie znali w ogóle musicalu. A jak już wybrali się na niego do teatru, to zrobił na nich ogromne wrażenie. Wiem, że nasi widzowie jak już kupią ten nietani bilet i przyjdą, to są zadowoleni oraz zaskoczeni, że można tak ciekawe przedstawić np. „Lalkę” Prusa.

 

Hrabia Blondyn w „Lalce”, fot. P. Burda

Można Cię zobaczyć również poza gdyńskim Teatrem Muzycznym – nie tylko na deskach teatrów, ale też na małym i dużym ekranie. Dyrekcja jest otwarta na taką aktywność aktorów?

Jeżeli chodzi o rzeczy poza naszym teatrem, to jest to bardzo trudna układanka. Gdyński Teatr Muzyczny jest teatrem repertuarowym. Jestem tu zatrudniony na etacie, gram w nim, mam stałe miesięczne wynagrodzenie, plus dodatkowe za każdy spektakl, więc moim obowiązkiem jest uczestniczenie w próbach –tanecznych, wokalnych itd. W związku z tym, jeżeli chcę zrobić coś teatralnego czy filmowego poza nim, muszę uzyskać zgodę dyrekcji. Dyrektor sam jest aktorem, więc nas doskonale rozumie i o ile jest możliwość połączenia wszystkiego, stara się nam nie odmawiać.

I da się to połączyć?

Nie zawsze. A czasem połączenie wszystkiego jest bardzo karkołomne. Są takie dni, że rano gram w Gdyni „Pchłę Szachrajkę”, która kończy się o 12.30, a o 13.15 siedzę już w pociągu i jadę do Łodzi do Teatru Muzycznego na próbę „Nędzników”. Po czym wracam do Gdyni i rano gram tutaj znów bajkę. Jest to trudne i kosztuje trochę nerwów.

Thénardier w „Nędznikach”, fot. J. Tomczak

Właśnie, próby. Możesz zdradzić szczegóły jak one wyglądają? Musicale, takie jak „Mistrz i Małgorzata” czy „Wiedźmin”, trwają ponad 3 godziny – za każdym razem jest to próba całości? Ciekawi mnie jak to wygląda od strony technicznej.

Jeżeli jakiś spektakl gramy od czwartku do niedzieli, jak np. „Mistrz i Małgorzata” to około tygodnia wcześniej codziennie jesteśmy w pracy na próbach. Najpierw ćwiczymy na przykład część wokalną, potem choreograficzną i tak wszystko po kolei. 2-3 ostatnie próby są już próbami całościowymi ze światłem, rekwizytami, kostiumami – musimy mieć pewność, że te wszystkie elementy zadziałają. Każdy spektakl ma swojego opiekuna, czyli asystenta reżysera, który dba o to, żeby tytuł trzymał wysoki poziom oraz był wykonywany w niezmienionej formie tak, jak w dniu premiery (nawet jeżeli było to ponad 13 lat temu, jak w przypadku „Lalki” ).

Iwan Bezdomny w „Mistrzu i Małgorzacie”, fot. P. Burda

Przygotowanie musicalu czy innego spektaklu to duże przedsięwzięcie, także od strony logistycznej. Data premiery ogłaszana jest kilka miesięcy wcześniej. Byłam we wrześniu na premierze musicalu „Dziewczyny z kalendarza” w reżyserii Jakuba Szydłowskiego i wszystko było dopięte na ostatni guzik. Chyba specjaliści od wszelkich projektów powinni wzorować się na pracy teatru, by ich zadania kończyły się sukcesem w wyznaczonym terminie (śmiech).

Dużym atutem naszej instytucji jest to, że jest to teatr zespołowy – mamy tu swoją orkiestrę i stały zespół artystyczny, czyli solistów, aktorów i tancerzy. Jesteśmy w stanie własnym sumptem spektakl wymyślić, wyprodukować, ubrać – mamy szewca, krawców, możemy zrobić kapelusze czy inne nakrycia głowy. Poza tym praca nad spektaklem to 3-4 miesiące przygotowań taneczno-wokalno-aktorskich, a kwestie produkcyjne zaczynają się często o wiele wcześniej. Wszystko trzeba planować z dużym wyprzedzeniem. Na tydzień przed premierą całość powinna być już domknięta – wtedy dyrekcja odbiera spektakl i dzieli się ostatnimi uwagami.

Czyli wszystko zaplanowane i przetestowane, żeby działało jak w szwajcarskim zegarku. A zdarzają się improwizacje na scenie?

Oj, zdarzają się różne wpadki! Często są to jakieś przejęzyczenia, luki w pamięci albo zupełnie nieoczekiwane sytuacje, gdy ktoś pomyli kostium albo kolejność scen. Miałem taką sytuację w spektaklu „Kiss Me, Kate”, gdzie wykonywałem 9 minutowy numer solowy rozpoczynający II akt. Pojawiają się pierwsze dźwięki utworu, a ja … nie pamiętam pierwszego wyrazu! Mam w głowie dosłownie całość, 5 czy 6 zwrotek, ale jakie jest to pierwsze słowo? Nadchodzi moment, kiedy muszę wejść i… nagle z moich ust wydobywa się właściwy tekst. Nie mam pojęcia, jak to się stało! Stres niesamowity, ale publiczność nie zauważyła tego, co działo się wtedy w mojej głowie.

Ralph w „Kiss Me, Kate”, archiwum prywatne M. Deskiewicza

Potraficie dobrze kontrolować emocje (śmiech). A jak w ogóle się zaczęła Twoja przygoda z teatrem? Bo trwa już dość długo – w przyszłym roku minie 20 lat pracy w Teatrze Muzycznym!

Wszystko zaczęło się od mojej polonistki. Podobało mi się jak interpretowała teksty i sam chciałem tego kiedyś spróbować. A drugim źródłem był teatr plastyczny w Zbąszyniu – moim rodzinnym mieście. Był to autorski teatr ruchu, obrazu, plastyki ciała. Cieszę się, że w naszym miasteczku, moi już dziś przyjaciele, prowadzą taką scenę pod nazwą „Teatr S”. Należałem też do grupy poetycko – muzycznej Kazamaty i tam przygotowywaliśmy wieczory na kształt Piwnicy pod Baranami z piosenką, wierszem, improwizacjami, oczywiście w takim amatorskim wymiarze, ale to wszystko mnie jakoś kształtowało.

Czyli nie był to żaden musical, który skradł Twoje serce?

Skradły, nawet dwa, ale… dopiero jak trafiłem do Studium Wokalno Aktorskiego im. Danuty Baduszkowej w Gdyni. W sumie to Gdynia wyszła trochę przez przypadek. Przed maturą już zdecydowałem, że będę zdawał do szkół aktorskich. Próbowałem do Wrocławia i Krakowa, a Gdynia była na samym końcu mojej listy. W Gdyni się udało. Zanim tu przyjechałem wydawało mi się, że chcę być „normalnym” aktorem – grać na scenie, mówić dramatyczne rzeczy, a dostałem się do zupełnie innego teatru. I tu tak naprawdę zacząłem się uczyć musicalu. Miałem co prawda przygotowanie muzyczne – czytałem nuty, grałem na pianinie, ale nigdy nie tańczyłem, ani nie śpiewałem. A 18 lat to trochę późno, jak na początek nauki.

A te dwa musicale, co Ci zapadły w pamięć?

W tamtym czasie w teatrze były grane dwa głośne tytuły – w jednym tygodniu zobaczyłem klasykę, czyli „Nędzników” w reżyserii Jerzego Gruzy (spektakl właśnie schodził z afisza po 11 czy 12 latach), a w drugim tygodniu „Hair” Wojciecha Kościelniaka. I wtedy już wiedziałem, że to jest miejsce, w którym chcę być! Zobaczyłem świetnie wykonaną klasykę, taką z rozmachem, oraz eksperymentalny, autorski, nowoczesny spektakl Kościelniaka „Hair” – kultowy tytuł hipisów, poczucie wolności, zupełnie nowe spojrzenie na teatr muzyczny. No i zakochałem się w tym miejscu.

Nie ma to jak być we właściwym miejscu we właściwym czasie! A jest coś, co Cię zaskoczyło, ale na minus, jeśli chodzi o pracę w teatrze? Coś sobie inaczej wyobrażałeś?

Chyba to, że ta praca jest obarczona tak dużym wysiłkiem fizycznym i psychicznym. Czasem widzowi może się wydawać, że nam to wszystko tak łatwo przychodzi, zatańczymy, zaśpiewamy na scenie i jeszcze nam za to płacą (śmiech). Ale prawda jest taka, że aby to wszystko lekko i naturalnie wyglądało to musimy pracować 3, 4, a nawet 5 miesięcy. Będąc studentem zobaczyłem jak starsi koledzy, wchodząc w przerwie czy po spektaklu za kulisy byli zmęczeni, przeklinali, że jakaś scena nie poszła do końca po ich myśli. Tego widz nie widzi, bo wychodząc na scenę zakładamy profesjonalną maskę, musimy się też odciąć od naszych prywatnych spraw, zostawić je w garderobie. Z drugiej strony, publiczność kupiła bilet, żeby obejrzeć pełnowartościowy spektakl i nie powinno jej interesować to, że aktor może być chory, przed spektaklem włamano mu się do mieszkania czy pękła w nim rura. I tym odcinaniem na siłę życia prywatnego robimy sobie często emocjonalną krzywdę. Jesteśmy żywym organizmem, ale tłumimy w sobie emocje, zamiast dać im upust, przeżyć je. Też mi się zdarzyło na premierze być bardzo emocjonalnie rozwalonym po jakiejś kłótni, chciało mi się ryczeć, ale musiałem się od tego odciąć i zagrać najlepiej jak potrafię.

A jak złapać z powrotem równowagę?

Jeden będzie robił ceramikę, drugi pójdzie na saunę, inny na spacer nad morze, a ktoś inny na dyskotekę. Tak się robiło w czasach studenckich – po spektaklu jechało się do Sopotu i tańczyło często do rana (śmiech). Teraz wolę się uspokoić, puścić sobie relaksacyjną muzykę, skupić na oddechu. Najważniejsze, żeby się nauczyć rozładowywać te emocje.

Jedno to znalezienie sposobu, ale trzeba jeszcze znaleźć na to czas. Jesteś często w rozjazdach pomiędzy teatrami w różnych miastach, żyjesz trochę na walizkach. Nie wkurza Cię to czasami?

Oj tak, czasem wkurza to, że trzeba swoje życie prywatne temu podporządkować. Jest to często dość trudne, kiedy mamy tę drugą połowę czy rodzinę. A czas przed premierą jest szczególnie niewdzięczny, bo jesteśmy zmęczeni, bije od nas często zła energia, bo wszystko za bardzo przeżywamy.

Przez te blisko 20 lat zagrałeś w ponad 50 spektaklach teatralnych, masz na swoim koncie również role w filmach niezależnych, serialach czy udział w reklamach. Czy towarzyszy Ci jeszcze w ogóle trema?

Oczywiście, że tak, jak najbardziej! (śmiech). Mam też wrażenie, i inni aktorzy to potwierdzają, że im dalej, tym gorzej. Kiedy człowiek ma większe doświadczenie, wie jak mało jeszcze potrafi i ciąży na nim większa odpowiedzialność. Młody aktor ma jeszcze tę młodzieńczą werwę, nie analizuje wszystkiego i chyba więcej mu się „wybacza”. Pomimo, że lubię to, co robię to oczywiście, że mam tremę. Recital piosenki francuskiej był moim pomysłem, od lat się do tego zbierałem, ale jak wyszedłem pierwszy raz na scenę to serducho mi ogromnie waliło. Do dziś mnie ten spektakl dużo kosztuje, bo wiem jak dużo muszę z siebie dać i pamiętać o tym, żeby dobrze rozłożyć siły. Starsi aktorzy mówią, że jak przyjdzie ten moment, że nic cię to już nie kosztuje, nie masz tremy, to powinna ci się zapalić czerwona lampka czy nadal powinieneś się tym zajmować.

Wspominałeś, że zdarza Ci się grać więcej niż jeden spektakl dziennie. Ale są też sytuacje, gdzie przerwa między spektaklami nie jest zbyt długa. Na przykład grałeś ostatnio przedstawienie „Chopin Wiwisekcja” na Scenie Kameralnej, a pół godziny później rozpoczynał się musical „Mistrz i Małgorzata” na Dużej Scenie. Łatwo się zarządza emocjami w takiej sytuacji?

Tak to życie musicalowca wygląda, że grafik jest dość napięty, a spektakle zdarzają się jeden po drugim. Po kilku dniach, gdzie gram 2, a nawet 3 spektakle na dobę jestem naprawdę zmęczony, ale podobnie jak z odcinaniem się od spraw prywatnych, to też trzeba sobie samemu w głowie poukładać. Akurat w tym konkretnym przypadku nie było to trudne, choć dobrze, że spektakle były w tej właśnie kolejności. Najpierw „Chopin Wiwisekcja”, a więc bycie w kostiumie, w epoce romantycznej i emocje, które targały Chopinem. Potem o wiele łatwiej grało mi się wariata w „Mistrzu i Małgorzacie” – wcielam się tam w Iwana Bezdomnego – ale trzeba wyrobić w sobie tę umiejętność, na pstryk odciąć od wszystkiego i w garderobie ściągając kostium, zdjąć również rolę.

Chopin w „Chopin Wiwisekcja”, fot. P. Burda

Tyle godzin na scenie to też duży wysiłek fizyczny.

Na scenie musimy tańczyć, śpiewać i grać w tym samym momencie. We własnym zakresie dbamy o to, żeby pozostawać w formie – chodzimy na basen, siłownię, aerobik czy jogę. Zauważam, że z wiekiem coraz trudniej przychodzą mi zadania taneczne. I widzę moich kolegów dwudziestolatków, którzy w jedną, dwie próby łapią coś, co mi zajmuje o wiele więcej czasu. Podobnym wyzwaniem jest sytuacja, gdy gram sam na scenie, jak w przypadku recitalu „Francja Elegancja” czy monodramu „Być jak Charlie Chaplin” .

To Piotr Wyszomirski z Fundacji Pomysłodalnia zaprosił Cię do współpracy przy tym monodramie? Ponoć zobaczył w Tobie Charliego Chaplina.

Tak, to było po spektaklu „Bal w Operze” w reżyserii Wojciecha Kościelniaka. Graliśmy tam bardzo mocno formalnie, wyrazistą mimiką, mieliśmy pobielane twarze i dodatkowo na głowach meloniki, i chyba gdzieś w moich ruchach czy zachowaniu dostrzegł potencjał na spektakl o Chaplinie.

Być jak Charlie Chaplin” odniósł wiele sukcesów na festiwalach, występowałeś z nim też za granicą – na Litwie, w Ukrainie czy w Armenii. Duży wysiłek, ale chyba i spora satysfakcja?

Niektórym się wydaje, że najtrudniejszy jest ogrom tekstu do nauki. Wcale nie, nauczenie się go na pamięć to pewien etap, który aktor musi zamknąć w 2, 3 miesiącach. Ale wyzwaniem okazała się strona fizyczna, głosowa i właściwe rozłożenie sił. Jeżeli za dużo dam z siebie na samym początku, to nie wystarczy mi pary, żeby cały występ był równie intensywny, a najtrudniejszy fragment w „Chaplinie” jest właśnie na końcu – monolog z filmu „Dyktator”.

Monodram „Być jak Charlie Chaplin”, fot. B. Demska

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że musical jest dla osób w wieku 20-40 lat – ze względu na dużą intensywność?

Musical rządzi się młodością, co widać też po naszym zespole i produkcjach. Co roku teatr jest zasilany przez nowych studentów i my też karmimy się trochę ich energią. Fajnie widzieć ich radość z tego, co robią. Widać, że to ich kręci, a każda próba daje radochę z bycia tutaj. Po intensywnych spektaklach łatwiej mi się przychodzi do pracy, gdy widzę ludzi z tak pozytywnym nastawieniem. Jak patrzę na nich w sali baletowej, mogę tylko podziwiać ich sprawność i szybkość – ja tak samo jak oni ćwiczyłem 15 czy 10 lat temu. Ale też doskonale wiem, że za 10 lat będą na moim miejscu (śmiech).

Ale są też musicale, jak „Dziewczyny z kalendarza”, gdzie to wcale nie młodzi są na pierwszym planie.

Ciężar tego spektaklu spoczywa akurat na paniach i tu była z kolei nawet odwrotna sytuacja, bo nasze aktorki są za młode do tych ról. Były więc odpowiednio postarzane, dobierano im stylowe kostiumy. Ja gram w tym spektaklu Lawrence’a, który w scenariuszu jest dwudziestoparo- / trzydziestolatkiem i miałem obawy czy nie jestem do tej roli za stary, ale reżyser Jakub Szydłowski powiedział, że ważniejsza dla niego była energia życiowa niż metryka.

Inną kwestią jest to, że te najfajniejsze i największe role są rozpisane głównie dla dwudziesto- i trzydziestolatków – zarówno ze względów psychofizycznych, jak i wokalnych. Choć to też się trochę zaczyna zmieniać, bo w ciągu ostatniej dekady reżyserzy w Polsce odważniej sięgają po tytuły, gdzie poszerza się granica wiekowa. Pojawiają się musicale mniej znane, odkrywcze, eksperymentalne i realizatorzy zaglądają też na off Broadway. Jest to bardzo ciekawe, że nie gra się już tylko sztampowych klasyków i pozycji, które na pewno się sprzedadzą – przykładem jest „Next to normal” (Teatr Syrena w Warszawie), „Thrill me. Historia Leopolda i Loeba” (Mazowiecki Teatr Muzyczny) czy „Lazarus” (Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu). Moim trochę przekleństwem jest to, że jestem barytonem czyli głosem średnim, a nie tenorem (najwyższym). A wszystkie najciekawsze partie, jak Jezus w „Jesus Christ Superstar”, są pisane dla tenorów. Cały Broadway karmi się wysokimi głosami męskimi – jak „Book of Mormon” na przykład. Tenorzy nie mogą narzekać na brak pracy, a dla barytonów pozostają role mniejsze i drugoplanowe.

Ale spektakle dla dzieci chyba nie rządzą się aż tak okrutnymi zasadami? Jak to jest grać dla młodej publiczności?

Lubię grać spektakle dla dzieci. Jest to fajna odskocznia od poważnych tytułów. Kiedyś jakiś znany reżyser, zapytany o to, jak się gra dla dzieci odpowiedział: „Tak samo jak dla dorosłych, tylko trzeba lepiej”. I to jest prawda. Z dorosłym mogę się umówić, że jestem w określonej epoce, jakąś konkretną postacią. Dzieciaki są szczere, wyrażają emocje tu i teraz. Jeśli im się coś nie spodoba, powiedzą o tym na głos, nawet w trakcie spektaklu. Jeżeli nie kupią mojej postaci, będą do końca w teatrze ziewać, jeść cukierki, albo nawet czymś rzucać. Trzeba dużo energii, żeby je przekonać. Ale jak się to uda, angażują się na 100% i bawią się razem z nami.

Bakteriusz w „Bakteriusz i Próchniak”, fot. L. Pęsik

A dorośli jak się zachowują na widowni? Czy jakieś zachowanie potrafi skutecznie rozproszyć aktora?

Jak gramy na Dużej Scenie to nie widzimy w ogóle widowni, czasem tylko pierwsze rzędy. Aby publiczność nas widziała niezbędne są reflektory z przodu i z boku, które z kolei nas oślepiają. Mamy swoje aktorskie triki – jak patrzeć na widownię, żeby być widocznym, jak adresować kwestie. Inaczej jest np. na Scenie Kameralnej, gdzie jestem w stanie widzieć i rozpoznawać widzów, a nawet popatrzeć im w oczy. Ale są i minusy grania na mniejszych scenach – widzę zapalające się komórki, wyciąganie cukierków, rozmowy, wyjścia do toalety (w najważniejszych momentach spektaklu!) – to bardzo rozprasza i rozbija, ale oczywiście nie mogę dać tego po sobie poznać. To, co dzieje się wtedy w mojej głowie… może lepiej, żeby widzowie tego nie wiedzieli (śmiech).

Czyli w teatrze również zdarza się dorosłym zachowywać jak dzieci… A czy po tylu godzinach spędzonych na scenie masz w ogóle ochotę, by wybrać się do teatru jako widz?

Może Cię zaskoczę, ale… mam. Bardzo lubię chodzić do teatru, niekoniecznie musicalowego. Mamy szczęście w Trójmieście do dobrego teatru dramatycznego – Teatru Wybrzeże, który od lat mnie interesuje. Jeżdżę też po Polsce i staram się oglądać różne sztuki, sprawia mi to przyjemność. Nie ukrywam, że będąc na widowni podglądam innych aktorów i też się cały czas uczę – na temat budowania roli, psychologii postaci czy gry scenicznej.

Chcąc dostać rolę w spektaklu często musisz brać udział w castingach. Czy w sytuacji, gdy nie dostajesz jakiejś roli, decydujesz się później obejrzeć ten spektakl?

Zdarzyło się tak nie raz. Byłem np. kiedyś na castingu do „Deszczowej piosenki” w Teatrze Muzycznym Roma i potem oglądałem kolegę w tej roli.

I miałeś myśli, że Ty byłbyś lepszy?

Chyba rzadko kiedy miałem taką emocję. Podchodzę do tego, że tak miało być. To jest wpisane w nasz zawód. Ale przyznam się, że nienawidzę castingów – nie, że ich nie lubię, wprost nienawidzę! Na castingu staję się jakimś innym Mateuszem i nie pokazuję 100% moich możliwości. Może miałem w życiu ze dwa dobre castingi, gdzie poczułem się fajnie, miałem taką swoją energię. Ale przyznaję, że też się uczę jak w ogóle funkcjonują castingi. To jest dopiero bardzo wstępny etap, gdzie sprawdza się zaledwie predyspozycje do danej roli. Dopiero po latach to zrozumiałem. Jak oglądam gotowy spektakl to dany aktor przez 3 miesiące pracował nad swoją rolą – uczył się tańczyć, śpiewać, zbudował psychologię postaci. Poza tym, trzeba jeszcze trafić w wizję reżysera, a w przypadku serialu – producenta, bo to on podejmuje ostateczną decyzję. Teraz już wiem, że jeśli dzisiaj mi się nie udało to nie dlatego, że jestem fatalnym aktorem, ale według reżysera ktoś inny pasuje lepiej do roli – wizualnie czy wiekowo. I wcale taki przegrany casting mnie nie przekreśla, choć oczywiście w głowie pojawiają się wtedy zupełne inne myśli. Kiedyś zajmowały mi one tydzień, teraz mam ze 2 dni smutku. Wraca się do domu, płacze w poduszkę, a następnego dnia trzeba przyjść i zagrać bajkę dla dzieciaków – uśmiechnąć się do nich i dać z siebie to, co najlepsze.

A w Teatrze Muzycznym w Gdyni też musisz stawać do tych znienawidzonych castingów?

W naszym teatrze zwykle mamy castingi wewnętrzne, choć czasem reżyser zna nas ze sceny i po prostu widzi nas w pewnych rolach.

Masz też na koncie filmy niezależne, seriale i reklamy – jest to dla Ciebie uzupełnienie teatru czy poszukiwanie nowych doświadczeń?

Jakiś czas temu postanowiłem szukać nowych możliwości, żeby nie być aktorem jednego gatunku. Cieszę się, że zacząłem się sprawdzać na różnych polach, bo świat kina zawsze mnie fascynował, ale był też dość daleki. Nie miałem doświadczenia w pracy z kamerą, z dźwiękiem. Ale okazało się, że z filmem czy serialem sobie poradzę. Jest to poszerzenie umiejętności. Reklama jest z kolei czymś jeszcze innym – nauczyłem się tutaj grania wyrazistego, w tempie, gdzie całość pracy musi się zamknąć w 30 sekundach. Te zadania są najczęściej proste i, nie oszukujmy się, robimy to ze względów finansowych. Czasem zdarzają się głupkowate czy śmieszne produkty, np. reklamowałem mleczko do kawy czy wędliny. Choć miałem też fajną reklamę z Hubertem Urbańskim.

Czyli aktorstwo to na co dzień serce i rozum jednocześnie?

No tak. Każdemu aktorowi zdarza się podejmować zadania, które nie są wysoce artystyczne, jak chociażby gra w serialu, reklamie czy prowadzenie jakiejś imprezy, ale często w 2-3 dni zarobimy np. na spłatę kredytu. Moją pasją są podróże, pozwalają mi się zregenerować po pracy w teatrze, a np. dzięki produkcji w telewizji mogę sobie na nie częściej pozwolić. Choć gra w serialu „Kuchnia”, gdzie wcieliłem się w rolę francuskiego kucharza, była fajnym doświadczeniem. Miałem też okazję wystąpić u boku Tomasza Karolaka, Marty Żmudy Trzebiatowskiej czy Eryka Lubosa.

A film „Bawaal”? Jest to produkcja bollywoodzka, zgadza się?

Tak, ten film to bardzo ciekawa przygoda! Miał on niedawno światową premierę w Indiach, nie mam pojęcia czy była już europejska. Jest to historia miłosna, gdzie bohaterowie przybywają do Europy, żeby zobaczyć miejsca związane z historią Żydów. To był mój pierwszy tak duży międzynarodowy projekt, choć moje zadanie w nim było dość skromniutkie. Potrzebowano akurat kogoś z moimi warunkami fizycznymi do roli Żyda. A ja dodatkowo miałem wtedy włosy ścięte na zero, więc idealnie tam pasowałem.

Na planie filmu „Bawaal”, archiwum prywatne                           M. Deskiewicza

Bollywood kojarzy się z lżejszymi tematami.

Ponoć jest to pierwszy film z Bollywood, który mówi o Holocauście. Poza Indiami, film był kręcony we Francji, Holandii, Niemczech i Polsce. W Warszawie ekipa spędziła 3 miesiące, gdzie w wynajętym studiu stworzyła cyfrowo cały obóz koncentracyjny – nie dostali bowiem zgody z Auschwitz, by tam kręcić film. Miałem jeden dzień zdjęciowy, ale mogłem zobaczyć jak działa taka duża produkcja, przypatrzeć się zależnościom na planie. Aktorzy bollywoodzcy mają swoich specjalnych asystentów od fryzury, make-upu i kostiumu, a za każdą czynność jest odpowiedzialna inna osoba! Ja nie miałem kontaktu z głównymi bohaterami, ale spotkałem się z reżyserem. Byłem pod wrażeniem rozmachu całości.

A potem wróciłeś do Gdyni… (śmiech)

Tak, a po dniu na planie w bollywoodzkiej produkcji wróciłem na próby do jakiejś bajki (śmiech).

A czy Mateusz Deskiewicz uważa, że jest dobrym aktorem?

Nie wiem (śmiech). Chyba nie nazwałbym siebie dobrym, ale mam nadzieję, że niezłym. Cieszę się, że sprawdziłem się na tak wielu polach i to daje mi satysfakcję. Zobaczyłem też jak trudno być solistą, poradzić sobie z główną rolą. Też nigdy nie pchałem się do tego, żeby być najlepszym.

A co dla Ciebie oznacza być najlepszym? Zagrać główną rolę czy może zagrać w spektaklu, w którym się odnajdujesz, który jest taki naprawdę Twój?

Dobre pytanie (śmiech). Myślę, że bycie najlepszym to poradzić sobie najlepiej z zadaniem, które się ma. Czasem jest ono pierwszoplanowe, gdy jestem sam na scenie jak w monodramie „Być jak Charlie Chaplin”, a innym razem trzecioplanowe, gdy w „Lalce” wychodzę do malutkiej sceny i jestem w tym najlepszy, bo jestem pewien tego, co robię i daję z siebie 100%. Czasem główna rola może cię pokonać, albo przychodzi w nieodpowiednim momencie. Często jako widz idę do innego teatru i widzę aktora w drugim planie, który jest w tym co robi wybitny i swoim aktorstwem potrafi przykryć główną postać. Więc chyba o to chodzi w byciu najlepszym – robić coś najlepiej jak można w danym momencie. Mam wtedy uczucie spełnienia i widz to też zauważa.

A jakie jest Twoje marzenie aktorskie?

Film. To jest teraz w sferze moich marzeń.

A coś się już dzieje w tym kierunku?

Pomału tak. I to nie jest tak, że nie kocham teatru – absolutnie nie! Chciałbym się po prostu sprawdzić w takim zadaniu filmowym. A z teatralnych? Często ludzie pytają czy chciałbym zagrać Hamleta. Nie mam już takich marzeń. Może kiedyś by się udało zagrać w musicalu „Cabaret”? Chodzi mi też po głowie pewna hiszpańska farsa – nawet konkretna, jeszcze w Polsce niewystawiana, ale… na razie nic więcej nie powiem.

To pozostaje mi życzyć, żeby się te projekty urzeczywistniły. Dziękuję za rozmowę.

Również dziękuję.

Comments

  1. Komentarz says:

    Kolejny raz zabrałaś mnie Ola w magiczną podróż do świata teatru i musicalu. Ciekawa rozmowa z panem Mateuszem uchyla rąbka tajemnicy tego interesującego ale i wymagającego zawodu. Przybliża kunszt aktorski w którym widać niesamowitą pasję pana Mateusza do tego co robi. Podobała mi się również etyka pracy w relacji do widza i bardzo za to dziękuję.Przeczytałam jednym tchem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *