„Przede wszystkim proszę się nie nastawiać. (…)Żadnej wielkiej literatury tu nie będzie. Fabuły też nie..”. Te słowa ze wstępu książki Michała Kempy „Ostatni rok lekkiego życia” ostatecznie przekonały mnie, żeby przeczytać tę książkę. Albo przynajmniej spróbować, zobaczyć czy mnie wciągnie. A może to ten fenomenalny PR ze wstępu, ale nienachalna promocja książki – kupcie, jeżeli chcecie, ale jeżeli nie to też spoko? Albo kolor okładki. Różowy. Znacie kogoś kto wydaje pierwszą książkę i wybiera różową okładkę? No właśnie. Chociaż tutaj bałam się, że okładkowy efekt WOW będzie jedyny jaki towarzyszyć będzie temu dziełu literackiemu.

Tak naprawdę jednak to „winien” jest sam autor. W sumie nie pamiętam kiedy po raz pierwszy „poznałam” Pana Kempę. Poznałam w sensie jednostronnym, bo on nie wie o moim istnieniu (choć ten wpis może wszystko zmienić i nawet może kiedyś umówimy się, żeby wziąć usiąść i się napić koniaczku) – czyli taka sytuacja jak Pan Kempa i Dasha (kto czytał ten rozumie, a reszta doczyta). W każdym razie polubiłam tego faceta z „dodatnim IQ” (to w moim osobistym języku jest komplement i oznacza osobę, która posiada mózg i nie waha się go używać) i gdy okazało się, że napisał książkę o niczym to stwierdziłam, że nie ma odwrotu.
Co było dalej? Czekałam na odpowiedni humor własny, bo jednak książka o niczym wymaga pozytywnego nastawienia (takie miałam wyobrażenie). Ale zaczynam czytać i jest ok. Humor nie jest gorszy i okazuje się, że książka „bez fabuły” jest ok. Co ciekawe mój humor, niezależnie od jego poziomu, polepsza się po przeczytaniu kolejnych stron. Ta książka jest świetna. Z humorem, ale i z refleksją. I z Maciejem Makselonem jako również bohaterem tej książki. Chwilami myślałam, że ta różowa książka jest o mnie – o mojej nieśmiałości czy genialnych, ale nie wypowiedzianych ripostach. A 3 strony przed końcem byłam już tego pewna. Bo też miałam (i mam) wrażenie, że lekkie życie się już skończyło (a dla niektórych osób nawet więcej niż raz).
Idealna na urlop i bez urlopu.