
Pierwszy raz o „Złym” Leopolda Tyrmanda usłyszałam od mojej Mamy. Nie pamiętam w jakich okolicznościach pojawiła się ta książka w naszej rozmowie. Nie dopytam już o szczegóły, ale na pewno ta książka wydała się mojej Mamie jakoś szczególna. Podejrzewam też, że z tego powodu ten tytuł został w mojej pamięci na dobre.
Tym bardziej ciężko mi powiedzieć dlaczego przez tyle lat nie sięgnęłam po tę książkę. Może dlatego, że w tzw. międzyczasie miałam okazję zobaczyć „Złego” jako musical (Teatr Muzyczny w Gdyni, 2015r, reż. Wojciech Kościelniak)? Ostatnio jednak postanowiłam nadrobić swój błąd i wzięłam się do lektury „Złego”. Opowieści o walce dobra ze złem (a czasem złem ze złem) na ulicach Warszawy.
Niewątpliwym atutem tej książki jest język. Jest tak niesamowicie żywy i wciągający, że zanim się obejrzałam przeczytałam 50 stron (a w moje ręce trafił egzemplarz prawie 800 stronicowy, z bardzo małą czcionką). Ale takie książki właśnie uwielbiam! Jest to powieść wielowątkowa i pokazuje różnorodność powojennej stolicy. Tytułowy „Zły” pojawia się nagle w mieście „niczym Zorro” i próbuje walczyć z warszawskimi chuliganami. Szybko jego „działalność” znajduje się na ustach całego miasta, gdzie zyskuje wielu sympatyków, ale i też wrogów.
Tyrmand stworzył powieść z elementami kryminału, powieści detektywistycznej, romansu – wydawałoby się, że taka mieszanka może nie do końca być dobrym rozwiązaniem. A jednak! Do tego opisy codziennej Warszawy – chodzenia na „ciuchy”, życia towarzyskiego, prowadzenia przeróżnych biznesów – to wszystko dopełnia całość i pozwala czytelnikowi przenieść się na ulice powojennej stolicy, która nie była taka szara i smutna, jak mogło się wydawać. Ciekawe dialogi, tak inne od rozmów, które prowadzimy i które słyszymy dziś. Co prawda opisy porachunków między chuliganami nie należały do moich ulubionych momentów, ale pozwoliły też zrozumieć rzeczywistość tamtych czasów.
Spotkałam się z opinią, że gdyby ta książka była wydawana obecnie to tak długie opisy by nie zostały zaakceptowane przez redaktora. Hmm, w mojej skromnej opinii nie przypominają one tych z „Nad Niemnem” (które przyznaję, opuszczałam), więc może by zostały choćby w ebookach (bo w wersji papierowej faktycznie po zsumowaniu zajmują pewnie pokaźną liczbę kartek). Ale przyznajcie sami, czy taki lekko kpiący opis / komentarz mody warszawskiej jak ten: „..Albowiem ogromnej większości warszawiaków obca jest ta prosta prawda, że elegancja to nie to samo co kosztowne naśladownictwo bieżącej mody, że elegancja to własne sympatie, uwydatnione w dobrze dobranym do własnej osoby ubraniu” nie wywołuje u Was uśmiechu”? Jakże ponadczasowy, prawda?
Dajcie szansę Tyrmandowi, żeby zabrał Was w literacką podróż po różnych zakątkach Warszawy!
Comments