„Quo vadis” w Teatrze Muzycznym w Gdyni

Reżyseria: Wojciech Kościelniak

Muzyka: Mariusz Obijalski

Choreografia: Mateusz Pietrzak

Scenografia: Mariusz Napierała

Kostiumy: Anna Adamek i Martyna Kander

Kierownictwo muzyczne: Dariusz Różankiewicz

Przygotowanie wokalne: Agnieszka Szydłowska

Tydzień temu, w niedzielę 15 września, miałam przyjemność obejrzeć musical „Quo vadis” w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Co prawda pierwsze zdanie zawiera już w sobie spoiler moich teatralnych wrażeń, ale może jednak ktoś będzie chciał się dowiedzieć może już nie „czy”, ale „dlaczego” warto wybrać się na ten musical 🙂

Od momentu premiery (a ściślej nawet – polskiej prapremiery) 14 września pojawiło się wiele recenzji na temat tego artystycznego wydarzenia na polskiej scenie teatralnej i musicalowej. Ten wpis to będą wrażenia dziewczyny, w której życiu teatr zagościł na dobre, a w gdyńskim muzycznym bywała już tyle razy, by móc sobie pozwolić na słów kilka o wrażeniach z tego musicalu (a przynajmniej tak lubi sobie myśleć).

Nie tylko oficjalne informacje nt tego musicalu w reżyserii Wojciecha Kościelniaka, ale i pierwsze recenzje z prób medialnych czy pokazu dla dziennikarzy donosiły, iż nie będzie to odzwierciedlenie epopei Henryka Sienkiewicza w stosunku 1:1, a bardziej musical ten będzie nawiązywał do kabaretu. Idąc do teatru wiedziałam więc, iż nie zobaczę aktorów w togach i sandałach, lecz w kostiumach w tonacji złoto – czarno – białej. Szczerze powiem to chyba byłabym zawiedziona nawet, gdyby okazało się, że Wojciech Kościelniak postawił na „tradycyjne” przeniesienie „Quo vadis” na scenę. Możliwe, że to moje przekonanie opierało się na tak wielu wizytach w tym teatrze, gdzie zawsze twórcy potrafią mnie czymś zaskoczyć – nie można zaprzeczyć temu, iż Teatr Muzyczny w Gdyni już dawno temu zawiesił poprzeczkę wysoko jeżeli chodzi o swą ofertę.

„Quo vadis” to musical inny niż wszystkie. To spektakl z wielkim rozmachem, gdzie na scenie dzieje się niesamowicie dużo przez cały czas trwania spektaklu – często nie wiadomo, gdzie podziać wzrok, by dostrzec wszystkie szczegóły. Słyszałam zadowolone głosy osób, które zajmowały miejsca na I czy II balkonie, że była to idealna perspektywa, by zobaczyć wszystko co działo się na scenie. Nie śmiem w to wątpić, jednak uważam, że moje miejsce w 4 rzędzie to idealne rozwiązanie dla osób, które lubią przyglądać się szczegółom z bliska, podobnie jak ja : )

Spektakl od sienkiewiczowskiego pierwowzoru różni nie tylko odejście od tradycyjnych strojów, ale równocześnie „wyprowadzenie” go z rzymskich murów. Jest to fenomenalny zabieg reżysera, który nie tylko osadził „Quo vadis” w nieco innych realiach, ale i podkreślił tym jego ponadczasowy charakter (na co wielu z nas może do tej pory nie zwracało uwagi). Akcja sztuki rozgrywa się.. no właśnie: gdzie? Scenografia (robi wrażenie!) nawiązuje do rzymskiego koloseum, ale stroje bohaterów bardziej do nazistowskich mundurów. Przyczyna? Wydaje się zaskakująco prosta. Mimo tego, iż dzieło Henryka Sienkiewicza „Quo vadis” opowiada o zmierzchu Cesarstwa Rzymskiego i panującego w nim Nerona oraz o prześladowaniach chrześcijan, z historią miłosną Ligii i Marka Winicjusza w tle, to tak naprawdę jest to opowieść o miłości, władzy i .. miłości do władzy. A te tematy są i będą zawsze (i wszędzie) aktualne.

Cały spektakl jest spójny i dynamiczny. Podobało mi się to, iż niejednokrotnie sceny grupowe, balet były w centrum wydarzeń, więc każdy miał okazję odegrać tu główną rolę. Ciekawe choreografie i wspaniałe „synchrony” (kto kiedykowiek miał do czynienia z tańcem, choćby amatorsko, wie jak wiele pracy trzeba włożyć w tak spektakularnie naturalny efekt). Niesamowity nacisk na wszelkie detale, które dopełniają spektakl. Każdy zapewne zwrócił uwagę na inne szczegóły – mnie na przekład utkwiły w pamięci: scena pokazu iluzjonisty (w tej roli Maciej Podgórzak), Ligii ( Julia Duchniewicz) przeglądającej się w lustrze (efekty wizualne!) czy postać Sroki, która w tak nieoczywisty sposób dopełniała całości (w tej roli Aleksandra Ludwikowska).

Jednak kiedy myślę o tym spektaklu to w mojej głowie przebijają się dwie kreacje aktorskie z tego niedzielnego wieczoru. Pierwsza to Krzysztof Wojciechowski, który wcielił się w rolę Petroniusza. Niesamowicie naturalny, zabawny, czasem refleksyjny, a czasem kpiący – taki jak powinien być. Według mnie jego kreacja Petroniusza wniosła wiele do tego musicalu. Zawładnął sceną poprzez swoją charyzmę, ale jednocześnie nadal było na niej miejsce dla pozostałych aktorów (a w sumie była ich prawie setka)! Przez lata miałam okazję widzieć Krzysztofa Wojciechowskiego w różnych rolach, ale zawsze na przód wysuwał się tytułowy Zły (z musicalu również reżyserowanego przez Wojciech Kościelniaka). Ale teraz podejrzewam to się zmieni i będzie to Petroniusz.

Druga postać, której byłam ciekawa i której kreacja mnie bardzo pozytywnie zaskoczyła to Paweł Muranowski, który w niedzielnym przedstawieniu wcielił się w rolę Marka Winicjusza. Do tej pory kojarzyłam Pawła z mniejszych i mniej poważnych ról (np. jako Król Julian w ostatnim „Koncercie Sylwestrowym”), ale tą rolą udowodnił swoją wszechstronność. Rola bardzo wyrazista, a ja z mojej perspektywy 4 rzędu mogłam zobaczyć niesamowite skupienie przez ponad 3,5 godziny spektaklu. Wyobrażam sobie jak ciekawym doświadczeniem dla aktora musi być możliwość sprawdzenia się w tak różnych artystycznych odsłonach. Ale dla widza jest to również przyjemność być zaskakiwanym przez profesjonalistów.

Duże wrażenie zrobiły również na mnie role Maji Gadzińskiej, która wcieliła się w postać Akte (wyrazista, silna postać i niesamowity mocny głos!) oraz Zbigniewa Sikory w roli Chilona Chilonidesa – filozofa o bardzo … elastycznych poglądach, które potrafi dostosować do sytuacji (tak, by była ona dla niego korzystna). A słowa wygłoszone przez tę postać, mówiące, że chrześcijanie to tacy szczęśliwi ludzie – nie kłamią, nie kradną, oraz że jak będzie go na to stać to też zostanie chrześcijaninem krążą ciągle w mojej głowie i zastanawiam się: „quo vadis” świecie?

Na temat tego musicalu można by pisać wiele, ale chciałam się skupić na kilku aspektach, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Ponadto pamiętajmy, że to, co widzimy na scenie to wypadkowa wielu miesięcy pracy reżysera / aktorów / choreografa / scenografa / muzyków / kompozytora i wielu osób, bez których nie moglibyśmy zasiąść na widowni. Chapeau-bas!

Ciekawa jestem czy ktoś ma podobne spostrzeżenia do moich po obejrzeniu „Quo vadis”. A może odmienne? Zachęcam do dzielenia się wrażeniami – cudownie uczestniczyć w wydarzeniach kulturalnych, ale równie przyjemnie jest o nich rozmawiać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *