
„Amelia” wraca do kin, a ja wracam z wpisem na profil. Przypadek? Nie sądzę 🙂
Mowa tu oczywiście o filmie Jeana-Pierre’a Jeauneta z… 2001 roku! Tak, tak, to nie błąd w druku – film powrócił właśnie do polskich kin po (szybko policzmy) 24 latach! Ale nie tak po prostu wrócił – jest to powrót po rekonstrukcji, czyli w lepszej jakości. I faktycznie – ogląda się go jakby dopiero co wyszedł z produkcji.
Przyznaję, że już dawno miałam pewne wątpliwości czy wracać do „Amelii” – filmu o młodej mieszkance Paryża, która za sprawą przypadku postanowiła spróbować pomagać szczęściu. Film ten oglądałam po raz pierwszy mając 18 lat, a bohaterka była zaledwie trochę starsza ode mnie. Wtedy wchodziło się w doroślejsze życie, choć nadal beztroskie. Z Amelią można było się jakoś utożsamiać, odnajdywać w jej nieśmiałości czy inspirować odwagą. Było więc ryzyko, że film ten obejrzany po latach, będąc na „innym etapie życia” nie wywoła tylu dobrych emocji. A może nawet rozczaruje? Przez lata jednak towarzyszyła mi cudowna ameliowa muzyka, która w ogóle nie straciła na swym uroku.
Swoistą kropką nad „i” był wywiad, który przeprowadziłam z Jackiem Mulczykiem – Skarżyńskim (znanym jako „Pan od francuskiego”) – on to potrafi „zarażać” Paryżem! A do tego jego szkoła Parolerie właściwie sąsiaduje z kawiarnią, w której pracowała filmowa Amelia Poulin! Mimo to ciągle zwlekałam z powrotem do filmu, aż tu nagle pojawiła się okazja, z której nie można nie skorzystać – „Amelia” na dużym ekranie.
Podejrzewam, że nie będę jedyną, która tak myśli, ale magia „Amelii” jest ponadczasowa. Nie mówię nawet o trochę baśniowej (nierealnej) historii, gdzie (uwaga, spoiler!) Amelia znajduje w dziurze w ścianie pudełko z pamiątkami i .. postanawia odnaleźć właściciela. To były jeszcze czasy sprzed RODO, więc było jej trochę łatwiej 🙂 Magią po latach jest to, że zachwycamy się tym, że ludzie gotowi byli na pewien bezinteresowny wysiłek. A teraz nie zawsze to robią mimo iż nie muszą wertować książek telefonicznych, a zapytać Googla czy skorzystać ze sztucznej inteligencji. I po 24 latach oglądamy „Amelię” z tęsknotą na czasami tak nieodległymi, a zarazem tak dalekimi, które nie wrócą. Za szukaniem miłości „na żywo”, a nie jak w katalogu przesuwając potencjalnych partnerów w lewo i prawo na ekranie smartfona. W ogóle za chęcią przebywania z ludźmi, żeby po prostu dowiedzieć się jacy są, nie bojąc się, że zaraz o tym spotkaniu dowie się cały świat za sprawą oznaczenia w mediach społecznościowych.
A może ta „Amelia” po latach ma być właśnie takim otrzeźwieniem? Żebyśmy slogany „tu i teraz” czy „bądź uważny” wzięli sobie bardziej do serca? Chciałabym.