Michał Choiński „The New Yorker. Biografia pisma, które zmieniło Amerykę”

W moim domu zawsze czytało się gazety i czasopisma (książki również). Z biegiem lat myślę, iż właśnie takie nawyki czytelnicze moich Rodziców sprawiły, że piszę teraz te słowa, a Wy będziecie mogli je przeczytać na moim blogu. Kiedy kilka lat temu zdecydowałam się na studia dziennikarskie, niewielu uwierzyło, że robię to dla przyjemności. Proces tworzenia tekstów, opisywania historii jest dla mnie niezwykle fascynujący. A kiedy miałam okazję przeprowadzić swój pierwszy wywiad to było to coś niesamowitego – uczucie, gdy uświadamiasz sobie, że ktoś dzieli się z tobą swoją historią, poświęca ci swój czas, oraz ufa ci, że oddasz należycie emocje towarzyszące rozmowie i ktoś kto przeczyta tę rozmowę będzie się czuł jakby był jej naocznym świadkiem.

Dlatego też z wielką ciekawością zabrałam się do lektury książki Michała Choińskiego „The New Yorker. Biografia pisma, które zmieniło Amerykę”. Choć z drugiej strony bałam się trochę rozczarowania – w końcu nie wszystkie napisane biografie są tak interesujące jak właściwe życie ich bohaterów.

Jednak stało się coś dziwnego i pozytywnie zaskakującego. Od pierwszych stron książki historia New Yorkera tak mnie wciągnęła, że kolejnego dnia musiałam wypić dodatkową kawę na start, bo położyłam się spać znacznie później niż rozsądek by sugerował.

Michał Choiński w sposób niezwykle plastyczny, obrazowy, a zarazem zwięzły, konkretny, bez zbędnych szczegółów opisuje losy 100 letniego dziś New Yorkera. Kiedy mówię obrazowy mam na myśli to, że czytając konkretny fragment widzę go od razu oczyma mojej wyobraźni. Jakbym przeniosła się w czasie i siedziała obok założycieli New Yorkera w Hotelu Algonquin, przemierzała z dziennikarzami ulice Nowego Jorku, siedziała na kolegiach redakcyjnych czy w gabinetach redaktorów naczelnych, kiedy ci podejmowali decyzję czy nadesłany przez aspirującego dziennikarza – amatora tekst wydrukować w New Yorkerze.

Co istotne, książka ta nie jest tylko dla dziennikarzy czy miłośników tej dziedziny. „The New Yorker. Biografia pisma, które zmieniło Amerykę” to historia o tym jak nie zagubić się dziś w świecie nieprawdziwych informacji i o tym jak ważna jest ich weryfikacja – zarówno dla profesjonalnych dziennikarzy, jak również dla każdego kto publikuje treści – w sieci czy na papierze. Fact-checking czyli właśnie sprawdzanie informacji to charakterystyczny punkt New Yorkera i, nie bójmy się tego powiedzieć, również przyczyna, że w tym roku może świętować 100 lat istnienia.

A historie o codziennym życiu redakcyjnym, sposobie podejmowania decyzji przez redaktorów naczelnych, ich pracy czy relacjach ze swoimi podwładnymi (od których zależało i zależy to pismo, bo to oni zbierają materiały i piszą artykuły, reportaże czy przeprowadzają wywiady) mogą być przewodnikiem dla każdego szefa czy managera – czas i uwaga jaki poświęcicie pracownikom to jeden z elementów docenienia nie tylko ich codziennej pracy, ale po prostu zauważenie obecności konkretnego człowieka.

W tej książce na niejednej stronie odnajdywałam też… siebie. Gdy czytałam o warsztacie pracy Wolcotta Gibbsa, pomyślałam: no to jest nas dwoje : ) Gibbs w przypadku złożonego tekstu wynajmował pokój hotelowy, wycinał fragmenty tekstu z kartek, rozkładał na podłodze i próbował ułożyć wszystko w spójną całość. Ja co prawda redagując wywiady korzystałam ze swojego własnego pokoju, ale fragmenty rozłożone na podłodze, w dodatku zaznaczone różnymi kolorami – to zdecydowanie ja i mój (jednak nie taki unikatowy?) sposób pracy : ) A może jednak unikatowy w cyfrowych latach XXI wieku?

Ciekawe były historie osób, obecnie znanych, cenionych, niejednokrotnie z Nagrodą Pulitzera na koncie, które wiele lat wysyłały swe teksty do New Yorkera z nadzieją na publikację. Albert Einstein pewnie patrzyłby na to sceptycznie, bowiem uważał za szaleństwo robienie tego samego i oczekiwania innych rezultatów. Jednak każdy, kto czeka na swoje „5 minut” będzie chłonął te historie i będą go motywowały, żeby spróbować raz jeszcze. Chociaż podejście redaktora naczelnego Harolda Rossa, który twierdził: „Do diabła, zatrudnię każdego” myślę, że się obecnie trochę (albo trochę bardziej?) zdezaktualizowało. Obecnie często myśli się bardziej „praktycznie” czyli: „zatrudnię każdego, kto jest lubiany w mediach społecznościowych, bo jego teksty będą się klikać” : (

Książka Michała Choińskiego to przepełniona szczegółami, ciekawymi historiami z życia samego pisma, jak również ludzi z nim związanymi. A wszystko napisane ciekawym, wciągającym w lekturę językiem. Autor potrafi utrzymać uwagę czytelnika przez całą książkę, niezależnie czy pisze o reportażu na temat Hiroshimy czy o magii przecinków. Jest to niesamowita umiejętność. I przypomina trochę styl i zasady New Yorkera – nie pisać o rzeczach zbędnych.

Autor w swej książce wspomina również o procesie pisania tej książki i zbierania do niej materiałów. Przyznam się, że trochę zazdroszczę Michałowi Choińskiemu, że miał okazję rozmawiać z tyloma postaciami, które miały wpływ na New Yorkera : ) Choć mogę sobie wyobrazić, że praca nad książką była wymagająca – nie jest łatwo wybrać informacje, które nie tyle będą interesujące dla autora co dla potencjalnych czytelników i jeszcze przedstawić je w ciekawy sposób (oj, chyba zrobiło się za dużo przymiotników, które nie przeszłyby w „New Yorkerze” 🙂 ) Ale w tym przypadku się udało.

Szczerze zachęcam wszystkich do lektury! Dla mnie to była niesamowita podróż po Nowym Jorku i redakcji New Yorkera 🙂

PS. Ten tekst będzie również dostępny na moim blogu w wersji hiszpańskiej i angielskiej – wierzę, że wydanie książki w tych językach to tylko kwestia czasu 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *