O sklepach, kofoli i poprawianiu humoru z(a) pomocą języka czeskiego, czyli rozmowa z Agnieszką Nesterowicz – Paryną, założycielką Pracowni języka czeskiego

la bloggerista: Stworzyłaś Pracownię języka czeskiego. A kim jest Agnieszka Nesterowicz – Paryna? Filolożką czeską, nauczycielką czy może propagatorką języka czeskiego?

Agnieszka: Myślę o sobie jako o nauczycielce czeskiego, może też trochę edukatorce. Jako o kimś, kto pasję do języka czeskiego chce zaszczepić w innych osobach. Planuję też zostać “czeską” influencerką.

Brzmi świetnie. Ale wróćmy na chwilę do początku. Czy to była taka miłość od czeskiego wejrzenia? Obejrzałeś Krecika, usłyszałeś Vondrackovą… Skąd to zainteresowanie czeskim?

Nie, to było kompletnie inaczej. Czechy są fajne, język czeski śmieszny, ciekawy. Ale, chociaż jako dziecko, często jeździłam z rodzicami do Czech na narty, to jakiejś wielkiej fascynacji nie było. Pamiętam jednak jeden moment, kiedy będąc w małym czeskim miasteczku, zaczęłam czytać, co jest napisane na drzwiach sklepu. Stałam i czytałam po kolei dni tygodnia: pondělí (poniedziałek – przyp. red.), úterý (wtorek – przyp. red.) i tak doszłam do czwartku, który jest bardzo trudny do wymówienia, ponieważ ma 5 spółgłosek koło siebie – čtvrtek. I tak patrzyłam na ten čtvrtek i za Chiny nie mogłam tego wymówić! W końcu poprosiłam o pomoc jakiegoś Czecha. I kiedy on to zrobił, pomyślałam “o kurczę…” i może właśnie wtedy (jeszcze nieświadomie) ta miłość się zaczęła.

Czyli magia spółgłosek?

Chyba tak. Ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałam (śmiech). Potem było liceum, w którym myślałam nad swoją dalszą drogą. Wiedziałam, że to muszą być studia humanistyczne – filologia, dziennikarstwo… I któregoś dnia moja mama wróciła z pracy i mówi: „Słuchaj, mam dla ciebie studia – slawistyka.” Miałam do wyboru filologię rosyjską, serbsko – chorwacką, czeską i ukraińską. Wtedy pomyślałam, że najbliżej jest mi do Czech – są to nasi sąsiedzi, jeżdżę tam na narty, język jest super, ludzie mili. I decyzja zapadła. Poszłam na egzamin i zdałam go z maksymalną ilością punktów!

Gratulacje!

Ale przygotowałam się do niego dobrze, żeby nie było (śmiech). I tak się zaczęła ta przygoda z czeskim. Szłam na te studia z dużą fascynacją, otwartością na ten język. Chwaliłam się wszystkim, że idę na bohemistykę. A potem odpowiadałam na pytania, czym jest ta cała bohemistyka. Bo prawie nikt nie wiedział. A ja byłam taka dumna, że mogłam o niej mówić! Chociaż jeszcze w ogóle nie znałam tego języka (śmiech).

Czyli już wtedy byłaś edukatorką!

Chyba tak… Oczywiście wszyscy mnie pytali: „A co ty będziesz robić po tych studiach?, Po co ci ten czeski? Przecież to jest bez sensu.” No i się okazało, że jednak jakiś sens był w tym wszystkim.

Obecnie nie uczysz, ale wcześniej miałaś szkołę językową i uczyłaś we Wrocławiu oraz online?

Faktycznie uczyłam stacjonarnie we Wrocławiu oraz online, prowadziłam zajęcia indywidualne i grupowe, ale szkoła językowa to za duże słowo. Po prostu miałam swoją działalność, którą teraz zawiesiłam ze względu na sytuację życiową. Mam małe dzieci, które potrzebują jeszcze dużo mojej uwagi. No i jak to mama maluchów – jestem wiecznie zmęczona, niewyspana, ciężko mi jest się skoncentrować. Nie chciałabym także zobowiązywać się do czegoś, czego nie jestem w stanie zrobić. No i to wszystko przeszkadza w tym, żeby wrócić do uczenia. Ale znalazłam inną opcję…

A ta opcja to profil Pracowni języka czeskiego, który stworzyłaś na Instagramie. Nazwa jest bardzo oryginalna. Kryje się za nią jakaś historia czy po prostu szukałaś ciekawej nazwy, żeby się wyróżniała?

Nazwę wymyślił mój kolega, wiele lat temu. Siedziałam wtedy z moim mężem, tym właśnie kolegą i jego żoną w jakiejś knajpce i rzuciłam, że potrzebuję fajnej nazwy dla swojego profilu. Znajomy zaproponował „Pracownię”. Na co ja: „Pracownia języka czeskiego. Brzmi świetne.” I tak zostało. Najpierw była strona na Facebooku, na którą wrzucałam ciekawostki, słówka i oczywiście ofertę moich lekcji.

Teraz jesteś aktywna głównie na Instagramie. Ale przyznaj, robisz to dla innych, czy trochę też dla siebie?

Od jakiegoś czasu myślałam o tym, żeby robić na Instagramie coś edukacyjnego. Czeski był naturalny, ale jednak nieoczywisty. Najpierw założyłam takie „próbne” konto o tematyce „mamusiowej”. Chciałam nauczyć się na nim obsługi Instagrama, bo to była dla mnie czarna magia. Wrzucałam posty, kręciłam rolki, robiłam jakieś ankiety. To była taka codzienność życia mamy, ale bez pokazywania dzieci, bo jestem od tego daleka. Jednocześnie cały czas rozważałam, co dalej. Miałam w głowie dwa pomysły i, jak to często u mnie bywa, decyzja zapadła spontanicznie – odpalam czeski.

Czyli to był trochę impuls.

Dokładnie. Pomyślałam też, że czeski to jest duża nisza oraz ograniczona liczba materiałów. Chciałam coś zrobić dla innych, ale też dla siebie. Od dłuższego czasu siedzę z dziećmi w domu, przez ostatnie kilka lat nie miałam zbyt wiele możliwości, żeby wrócić do pracy (jedno dziecko, pandemia, ciąża, drugie dziecko) i pomyślałam, że nadszedł ten czas. Bo inaczej po prostu oszaleję. Nie jestem typem kobiety, która satysfakcję czerpie tylko z codziennego życia i domu, potrzebuję czegoś jeszcze.

Mówiłaś, że masz fajny kontakt z ludźmi, co pewnie też się bardzo motywuje, żeby robić coś więcej. Ale skoro mówimy o social mediach to muszę zapytać czy spotykasz się z jakimkolwiek hejtem? Bo co prawda tworzysz treści językowe, które teoretycznie nie powinny być kontrowersyjne i prowokować hejt, ale żyjemy w dość dziwnych czasach…

Z hejtem nie, ja mam jeszcze za małe konto, żeby coś takiego się tam zadziało. Aczkolwiek ostatnio miałam dziwną wymianę zdań na Facebooku pod jednym z postów. Piszę dialogi, w których mam dwóch bohaterów – Honzę i Toma. Jeden z nich jest gejem i to się komuś nie spodobało. Zaczęła się nieprzyjemna dyskusja między dwoma osobami. Szybko ją ucięłam i ukryłam komentarze. Ale tak bezpośrednio hejt mnie nie dotyka.

To pozytywna wiadomość, że to zjawisko cię omija.

Bo mam małe konto. Pewnie jakbym miała kilkadziesiąt tysięcy obserwatorów, to jakiś by się pojawił.

Poczekaj, poczekaj. Jeszcze trochę i będziesz miała. Na przykład po naszym wywiadzie.

Hehe, mam nadzieję! A tak serio to nie wiem, czy aż tyle osób będzie chciało uczyć się czeskiego. Z drugiej strony moje konto ma też trafić do osób, które niekoniecznie chcą znać super czeski, ale do takich, które chcą go „liznąć”, poznać parę zwrotów, zrozumieć, co się do nich mówi i nie gadać głupot w obcym kraju (śmiech).

Myślę, że chęci są. Gorzej z czasem. Ja bardzo lubię języki. Ale gdy się pracuje, ma się ograniczony czas i energię na swoje zainteresowania. Jak przekonałabyś taką mnie, która chce zrobić coś dla siebie i zastanawia się czy uczyć się niemieckiego, czy może włoskiego, żebym jednak wzięła się za ten czeski?

Moim argumentem jest to, że czeski to najlepszy poprawiacz humoru. Naprawdę. Jak kiedyś uczyłam w szkole językowej, to na naszych lekcjach zawsze było wesoło, ciągle był śmiech. Po zajęciach ludzie na korytarzu pytali nas, co to był za język. Jak mówiłam, że czeski, to słyszałam: „A, to wszystko jasne!”. Do tego jest to dodatkowa umiejętność i jednak język „egzotyczny”, co jest dużym atutem przy poszukiwaniu pracy. Plus Czechy są blisko, to nasi sąsiedzi, którzy niesamowicie się cieszą jak się mówi w ich języku.

Właśnie chciałam zapytać jak Czesi reagują, gdy starasz się mówić, ale nie jesteś w tym doskonała? Czy wybaczają błędy? Bo niektóre narody, gdy usłyszą, że mówisz nieperfekcyjne, to albo udają, że nie słyszą, albo na przykład odpowiadają po angielsku.

Czesi bardzo się cieszą, że ktoś mówi po czesku, choć często są zaskoczeni. W ogóle to jest to bardzo pomocny naród. Kiedy się zgubisz i zapytasz kogoś o drogę, to od razu pojawi się cała grupa, która cię w dane miejsce zaprowadzi. Generalnie w Czechach się dobrze żyje. Jak ktoś myśli o przeprowadzce, to uważam, że to dobry kierunek.

A czy są jakieś obszary w języku czeskim, które są trudne do nauki dla Polaków np. struktury gramatyczne? Czy to jest bardziej już kwestia indywidualna, jak kto przyswaja język?

Wydaje mi się, że czeski jest łatwy i trudny jednocześnie. A to dlatego, że jest podobny do polskiego, ale jednak inny. Więc ucząc się naturalnie „narzucamy” sobie ten polski.

A myślisz, że znajomość innych języków, na przykład angielskiego, niemieckiego pomaga w nauce czeskiego?

Ja w ogóle uważam, że znajomość jednego języka pomaga w znajomości innego.Tutaj pomocny może być niemiecki, bo gramatyka czeska jest trochę podobna do niemieckiej. Poza tym oczywiście niektóre słowa są podobne do innych języków słowiańskich. A jakby ktoś zapytał mnie, ile czasu potrzebuje, żeby zacząć mówić, to powiedziałabym, że jakieś trzy miesiące. Jeżeli przyłoży się do nauki i po tym czasie pojedzie do Czech, to poczuje, że jest w stanie poradzić sobie w prostych sytuacjach.

3 miesiące mówisz? Czyli jakbym teraz się zaczęła uczyć, to teoretycznie jakbym wiosną się wybrała na przykład do Pragi, to już bym miała ten swój mały efekt wow? Gdybym się troszkę przyłożyła.

Jak patrzyłam na moich uczniów, to faktycznie po trzech miesiącach był przełom. Przede wszystkim zaczynali rozumieć, co się do nich mówi. Jak zaczynamy się uczyć obcego języka, nie znamy go, to nam się wydaje, że wszyscy mówią strasznie szybko. Tak samo jest z czeskim – mimo tego, że jest to język podobny do polskiego, to ciężko nam te słowa od siebie oddzielić. I jak przez te pierwsze miesiące się trochę osłuchamy, poczytamy jakieś proste teksty, dialogi, to będziemy potrafili te słowa od siebie rozdzielać. A to jest bardzo dużo. Jak uczyłam, to kładłam nacisk na to, żeby nawet jeśli ktoś nie umiał, bał się mówić, to jednak próbował. I potem słyszałam radość, że udało się coś zamówić w knajpie albo zrozumieć napis w sklepie. To była dla mnie ogromna satysfakcja.

Odkąd pamiętam, język czeski wydawał się taki zabawny, śmieszny, krążyły informacje, że „smaticka na paticka” to flaga, a nietoperek to Batman. Ale jest wiele mylących słów jak czeski „sklep” czyli polska „piwnica” na przykład. Czy masz jakieś swoje śmieszne wpadki językowe albo może słyszałaś od swoich kursantów?

Ojejku mam! Byłam w Czechach na Erasmusie, już trochę tam mieszkałam i poszłam z koleżanką do sklepu. Ona była gdzieś kawałek ode mnie, więc krzyknęłam: „Beata, szukam tej sukienki.” I tak mi się głupio zrobiło, wymsknęło mi się po prostu! („Šukat” po czesku oznacza wulgarnie „uprawiać seks”). I pomyślałam, że mieszkam tutaj, studiuję, a takie głupoty gadam! (śmiech) A moi uczniowie mieli jeszcze lepsze wpadki, czyli: „Szukam drogi na zachód” – „šukat” to już wiadomo, „drogy” – „narkotyki”, „záchod” – „toaleta” (śmiech). Inny uczeń zarezerwował miejsce na pobyt w Czechach na květen i pojechał w kwietniu. A „květen” to „maj”. I się zdziwił…

Jest tych słów trochę, można się naciąć. Dlatego też warto się uczyć, a nawet jeżeli nie uczyć, to warto liznąć trochę, szczególnie jeśli regularnie jeździ się do Czech. Bo jednak dobrze wiedzieć, że jeśli ktoś nam mówi „pěkně pachneš” to nie jest komplement, wręcz przeciwnie. To znaczy, że strasznie śmierdzisz (śmiech).

A jak Czesi reagują na takie lapsusy językowe?

Oni wiedzą, że jak ktoś „szuka”, to na pewno jest Polakiem (śmiech). Fajnie reagują – śmieją się, nie obrażają. I mówią: „to znaczy coś kompletnie innego”.

A czy Czesi uczą się polskiego?

Myślę, że nie aż na takim poziomie jak my czeskiego. Ale są szkoły, kursy językowe. Myślę, że polski może być przydatny w pracy, albo podobnie jak u nas, ktoś zakocha na przykład w Polce czy Polaku, no to wtedy jest największa motywacja.

To najlepsza motywacja chyba do nauki języka.

Dokładnie, najlepsza. Jak uczyłam, to zauważałam trzy główne powody, dla których ludzie się zaczynają kurs. Jeden to praca, drugi podróże, a trzeci miłość. I może miłość nie zawsze przetrwała, ale język został.

Została miłość do języka. A co lubisz w Czechach?

Bardzo lubię to, że oni są wyluzowanym narodem. Bardzo lubię ich kulturę pracy. Tam praca nie jest najważniejsza. Jeżeli o godzinie 16tej kończymy pracę, to o 15.30 Czech już ma nogę przy drzwiach. Super jest spotykanie się w hospodach i posiadanie „chat”, czyli domków letniskowych znajdujących się pod większymi miejscowościami. W piątek po pracy pakują się i jadą na cały weekend z rodziną czy ze znajomymi. To jest świetne podeście do życia. A ten luz? Wystarczy spojrzeć na Pragę i słynną rzeźbę, na której jest kontur Czech i dwóch sikających na niego panów. I to nie jest obraza. Czesi mają bardzo duży dystans do tego co się dzieje, do samych siebie również.

I fajnie też się w Czechach żyje. Moim zdaniem dużo spokojniej niż w Polsce. Może faktycznie z wyjątkiem Pragi, bo to bardzo międzynarodowe miasto. Ja wprawdzie w Pradze nie mieszkałam, ale w Brnie na Morawach już tak i tam naprawdę żyje się bez pośpiechu. Nie ma takiego ciśnienia cały czas.

A propos właśnie tego dystansu. W kontekście wojny w Ukrainie pojawił się w swoim czasie wątek dostępu Czechów do morza. To było według mnie było dość odważne, włączyli się w to też politycy, Krecik zapraszał na wakacje nad morzem. Czy ty, znając Czechów, się czegoś takiego spodziewałaś? Czy to cię może zaskoczyło?

Szczerze to nie myślałam, że to może się pojawić, ale jak już się pojawiło to mnie w ogóle nie zaskoczyło. Bo to jest tak czeskie. To jest właśnie ten dystans, to specyficzne poczucie humoru. Taki luz, właściwie do tego wszystkiego. Nie chodzi mi oczywiście o to, że mają luz do wojny, bo wiadomo, to jest niemożliwe. Ale jednak potrafią znaleźć ujście emocji, które nas trzymają. Podoba mi się też to, że Polacy to podchwycili i u nas też te memy się pojawiały. Czesi faktycznie nie mają tego dostępu do morza, więc jeśli chcemy Czechowi dogryźć, to możemy o tym wspomnieć. Oni z pewnością odgryzą się tekstem w stylu: „Jezus na was patrzy”. Bo śmieją się, że my jesteśmy religijnym narodem.

To co cię wkurza w Czechach? W Czechach jako narodzie i w Czechach jako kraju?

To co mnie tak najbardziej denerwowało u Czechów to brak buntu. Trudno mi było to zaakceptować, dlatego że jestem osobą, która raczej walczy o swoje. Jak mi się coś nie podoba, to o tym mówię, buntuję się. Czesi akceptują rzeczywistość, na przykład w pracy rzadko się sprzeciwiają. Oczywiście nie chcę też generalizować, bo każdy człowiek jest inny. Ale spotkałam się z takimi zachowaniami, że miałam wrażenie, że ich mottem jest: „Nie wychylaj się”. Żeby czegoś nie chlapnąć, żeby ktoś krzywo nie popatrzył… Akceptują wiele rzeczy. Ale po prostu tacy są.

Mówiłaś, że czeski poprawia humor. Czy jeżeli tobie – teoretycznie oczywiście, bo jesteś bardzo optymistyczną osobą i podejrzewam, że po naszej rozmowie przybędzie mi jakaś zmarszczka od śmiechu – zdarza się gorszy humor, to poprawia ci go np. czeski film, czeska książka czy zupełnie coś innego, nie związane w ogóle z językiem?

Bardzo różnie. Czeski film zdecydowanie poprawia humor, bo jest to taki specyficzny humor, który lubię.

Masz swój ulubiony film? Czy może ulubionego reżysera, aktorów?

Bardzo lubię film „Pali się, moja panno”. To jest hit, z typowo czeskim humorem. Ale mimo tego, że lubię czeskie kino, to nie jest to coś, co bym oglądała codziennie. Mam jednak swoje czeskie poprawiacze humoru, czyli Studentską czekoladę, lentilky i kofolę (śmiech).

Kofola? Co to jest?

Mówi się, że to jest czeska cola, ale tak nie jest. To jest czeski napój gazowany a la cola. Jednak ma kompletnie inny smak. I albo ją kochasz, albo nienawidzisz.

Skoro poprawia ci humor, to nie muszę pytać do której drużyny ty należysz (śmiech).

Oczywiście do tej, która kocha kofolę! Dla mnie to nie tylko napój, ale też cudowne wspomnienia. Kofola, czeskie jedzenie i ciemne piwo.

A czy do Czech warto się wybrać ze względu na kuchnię?

Moim zdaniem tak, ale wiem, że zdaniem wielu osób nie. Jest bardzo tłusta, ociekająca wręcz tłuszczem, ciężkostrawna, z małą ilością warzyw. Widać tutaj niemieckie wpływy. Ale ja bardzo lubię czeski smažený sýr czy smažený hermelín (smażony ser pleśniowy). I česnečkę – zupę czosnkową, którą po prostu kocham!

Kuchnia czeska kuchnia jest więc dość tradycyjna. A czy wegetarianie znajdą w niej coś dla siebie?

W kuchni czeskiej są te tradycyjne rzeczy, które są nie do ruszenia. I to jest fajne w Czechach, że naprawdę można znaleźć wiele takich typowo czeskich knajp, z zielonym obrusem, z kuflem piwa, w takim starym stylu. Ale oczywiście jest pełno fajnych restauracji z nowoczesnymi daniami z kuchnią fusion, wegetariańskich, więc oni jak najbardziej idą z duchem czasu. To jest bardzo europejski naród. Na przykład w wielu restauracjach, nawet w mniejszych miejscowościach przy daniach są wypisane alergeny.

A jeżeli mimo tych wszystkich argumentów dlaczego się uczyć czeskiego ktoś by nie był jeszcze do końca przekonany, to jakie miejsce w Czechach powinien odwiedzić, żeby ten język i kraj go przyciągnął? Czy to jest Praga, czy byś polecała zupełnie inne miejsce?

Jeżeli ktoś wybiera się po raz pierwszy do Czech to Praga, nie ma w ogóle dyskusji. To jest jedno z najpiękniejszych miast w Europie, wpisana zresztą na listę UNESCO. Jest w niej wiele ciekawych, zaskakujących miejsc. Kiedy jechać? Tam jest zawsze dużo ludzi, no może w pandemii było trochę mniej. Jest bardzo dużo obcokrajowców, słychać każdy język. W centrum to nawet ciężko jest porozmawiać po czesku, bo np. kelnerzy w restauracjach zwracają się do gości po angielsku. Jest też trochę Azjatów, którzy swego czasu przyjeżdżali tutaj brać śluby, bo tak im się ta Praga podobała. Zresztą James Bond też odwiedził Pragę (śmiech).

Jednak jeśli chodzi o język, to wybrałabym się na Morawy. Moje serce jest w Brnie, które jest drugim największym miastem w Czechach. Morawy też są przepiękne, jest tam zagłębie wina, cudowna przyroda. Może to przekona kogoś do nauki języka. Ja w ogóle zachęcam, żeby wybrać się do Czech chociaż na weekend.

A myślałaś kiedyś o tym, żeby zamieszkać w Czechach?

Cały czas myślę (śmiech). Po pierwsze dlatego, że bardzo chciałabym jeszcze pomieszkać za granicą, a po drugie wiadomo – język. Bardzo dużo jest tu argumentów za. Ale, co tu dużo mówić, kiedy ma się dzieci, te decyzje nie są takie proste. Trzeba zmienić całe życie. Moje dzieci są jeszcze na tyle małe, że pomoc dziadków jej nieoceniona, a ich do walizek nie spakujemy (śmiech). Ale, ale! Jestem człowiekiem, który bardzo lubi zmiany. Bardzo. Więc jeżeli nie uda nam się zamieszkać za granicą, to mamy plan, żeby w każde wakacje przez miesiąc pomieszkać w innym kraju. W tym roku byliśmy we Włoszech. A w przyszłym… planujemy Czechy!

Jak się umawiałyśmy na tę rozmowę to powiedziałaś, że chciałabyś zostać Chodakowską języka czeskiego. Masz wizję jak by to wyglądało?

Myślałam o początkach Ewy Chodakowskiej, o tym jak porwała Polaków z kanap i nagle wszyscy zaczęli ćwiczyć. I ja też bym chciała porwać ludzi, żeby wszyscy zaczęli się uczyć czeskiego, bo to jest przyszłość (śmiech). Dlatego moje konto na Instagramie to nie tylko nauka. Chcę też przemycać różne ciekawostki z Czech, nie tylko te oczywiste. A co do przyszłości? Mam jakieś pomysły, może nie na ogromną skalę, bo jest rodzina, która jest najważniejsza. Ale to nie znaczy, że nie szukam tej drogi dla siebie. I tą drogą mam nadzieję będzie Instagram. I chyba więcej szczegółów na razie nie zdradzę…

No to może nie zdradzaj. Dowiemy się w swoim czasie z profilu Pracowni. A ja mam nadzieję, że ta nasza rozmowa przyczyni się do tego, że zostaniesz tą Chodakowską języka czeskiego.

Dzięki, mam nadzieję, że tak będzie (śmiech). A jeżeli mi się nie uda porwać całej Polski do nauki, to mam nadzieję, że wkrótce takie osoby, jak na przykład ty, która jeszcze nie uczysz się tego języka, ale jednak śledzisz mój profil, zainteresują się Czechami i czeskim. I jadąc do Czech będą znali chociaż podstawowe zwroty. To może banalne co mówię, ale to jest zawsze dodatkowa umiejętność i naprawdę warto znać te parę słów w obcym języku.

No i jest to świetne ćwiczenie dla mózgu. Żebyśmy mogli bez problemu zapamiętać listę zakupów jak idziemy do sklepu. Czyli do czeskiej piwnicy. Chyba ten czeski już zostanie ze mną na dłużej (śmiech). Dziękuję za rozmowę!

Comments

  1. Barbara says:

    Świetnie się czyta ! Gratulacje !!! Jestem zmotywowana do poznania niektórych słów w j. czeskim, jak w tych przykładach ;))) Mam też teraz plan: zobaczyć Pragę. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *