„Anatomia upadku” – film, który warto obejrzeć, ale… mam też do niego kilka ALE.

„Anatomia upadku” w reżyserii Justine Triet – film, który warto obejrzeć, ale… mam też do niego kilka ALE. Tekst ten zawiera szczegóły filmu, więc jeżeli jesteście przed wizytą w kinie to czytacie na własną odpowiedzialność 🙂

Nominowany do Oscara film „Anatomia upadku” to dramat, thriller i film kryminalny w jednym – tak przynajmniej jest promowany i klasyfikowany w opisach na stronach kin czy rankingach. Zaczyna się .. tytułowym upadkiem. W domu we francuskich Alpach, z okna na strychu wypada mężczyzna – mąż Sandry. Od tej chwili, aż do napisów końcowych (które pojawią się w około 150 minucie -wg mnie trochę za późno) będziemy wspólnie się zastanawiać czy był to wypadek, przypadek czy może morderstwo. 

Jak to bywa w sytuacjach, gdy brak świadków wydarzenia, jest słowo przeciwko słowu. A wraz z kolejnymi scenami filmu przybywają szczegóły, które sprawiają, że gotowi jesteśmy cytować Sokratesa i jego „wiem, że nic nie wiem”. Z jednej strony film trzyma w niewiedzy do samego końca, a z drugiej nie do końca trzyma w „napięciu” jak to bywa w thrillerach. Bardziej ogląda się wszystko jak historię z układanymi puzzlami. Brak tego uczucia zaskoczenia, gdy kolejne informacje wychodzą na jaw. Może to też kwestia muzyki, która często podkreśla odpowiednie momenty (a tutaj tego nie czułam)?

Niejednokrotnie pisząc o filmach wspominałam, że moim „subiektywnym papierkiem lakmusowym” czy film jest dobry czy nie jest to, że fabuła wciąga mnie tak, iż czuję się częścią historii, nie zaś widzem siedzącym w kinowym fotelu. A w czasie seansu „Anatomii upadku” tak nie było. Zdążyłam zaś wkurzyć się niejednokrotnie, gdy akcja filmu przenosiła się na salę sądową. Nie wiem czy tak wyglądają procesy we Francji (w filmie „byliśmy” w sądzie w Grenoble), ale wg mnie liczba hipotez przedstawiona na pojedynczej rozprawie przekroczyła średnią hipotez jaką znam z polskiej rzeczywistości literackiej czy filmowej. I było to dla mnie na tyle męczące, że z chęcią sama krzyknęłabym „sprzeciw”. Inną kwestią było uczestniczenie i przesłuchiwanie dziecka w sprawie, gdzie stracił życie jego ojciec. Pomijam już fakt, że dziecko słyszy o wszystkim co się działo w życiu rodziców, ale brak obecności psychologa w czasie przesłuchania?? (Jeżeli był na sali to niesamowicie milczący).

Drażnił mnie również brak stanowczej reakcji, gdy syn Sandry przeprowadził eksperyment w wyniku którego jego pies prawie stracił życie. W tej sytuacji nawet nie pojawił się pomysł, by wezwać weterynarza.

Kolejnym (i chyba już ostatnim „ale”) jest fakt, iż w czasie filmu miałam czas zastanowić się jak to jest, że rodzina z niewidomym dzieckiem mieszka w kilkupiętrowym, niewykończonym w całości domu. Absolutnie nie jestem za tym, by utrata wzroku była przeszkodą przed samodzielnym życiem, ale zabawa / przybywanie na remontowanym strychu byłyby niebezpieczne dla każdego dziecka, a niewidzącego w szczególności.

Podsumowując, śmierć Samuela jest tutaj skutkiem relacji, jakie panowały pomiędzy nim a jego żoną. To jest ten tytułowy „upadek” – gdy nie rozmawiamy ze sobą, myślimy, że telepatia to świetny środek komunikacji. Nie jest. A rozmowy o tym, co się dzieje nie odkłada się na później, bo tego później może nie być.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *